![]() |
||||||||
![]() ![]() "Dogs Blood Rising" (1984) Wczesne, złowieszcze objawienie CURRENT 93 w atmosferze paranoicznego industrialu, przesyconego religijnymi odniesieniami. Mroczna, duszna przestrzeń, a w niej hałaśliwe zgrzyty i rzężenia na tle gregoriańskich chórów, rytualne rytmy, apokaliptyczne deklamacje, krzyki i śpiewy Tibeta, a jakby tego było mało pojawiające się tu i ówdzie dziecięce recytacje. Nad wszystkim góruje atmosfera obłędu i pesymizmu, podszyta - w końcu to C93 - nutką groteski i szyderstwa. Cenny dokument crowleyowskiego okresu grupy. ![]() "Nature Unveiled" (1984) Klasyk pierwszego okresu CURRENT 93, długa płyta wypełniona mrocznymi, niepokojącymi dźwiękami, które dziś usytuowalibyśmy na przecięciu rytualnego industrialu z dark ambientem. Średniowieczne pieśni religijne, recytacje mniej lub bardziej złowrogich tekstów i dziwaczne, połamane rytmy osadzone w przygniatającej magmie, na którą składają się rozmaite dudnienia, drony, zawodzenia i smutne, odległe melodie, echa i wibracje... Lament nad Golgotą, mistyczne ciało Chrystusa, pogrzeb sardynki, wzlot i upadek Maldorora - to tylko niektóre z obecnych tu motywów. Natura odkryta i ujawniona! ![]() "Live at Bar Maldoror" (1985) Kontynuacja drogi zapoczątkowanej na poprzednich płytach. Cztery kompozycje - dwie bardzo długie, dwie krótkie, wszystkie zagrane w sposób typowy dla ówczesnego CURRENT. Znów duszno, złowrogo, posępnie i żałobnie - zniekształcone chóry mieszają się z ciemną przestrzenią, świstami i szmerami, tu i ówdzie z tej otchłani wyłaniają się rozpaczliwe szepty i krzyki. ![]() "In Menstrual Night" (1986) Pojęcie "menstrual night" nieraz jeszcze pojawi się w twórczości Tibeta, podobnie jak "fields of rape", "in a foreign town, in a foreign land" i kilka innych, niczym słowa-klucze prześladujące jego twórczość. A co mamy tutaj? Trzy kawałki. Pierwszy, "Sucking up Souls" to mieszanka śpiewów, przyśpiewek, szeptów, śmiechów i recytacji, a wszystko pobrzmiewające w znanej już z poprzednich płyt industrialnej otchłani. Po ponad dwudziestu minutach przychodzi czas na "To Feed The Moon", zbudowany w oparciu o wpadający w ucho rytm nabijany przez bębny i okraszony rozmaitymi strzępkami melodii, ludzkich głosów i śpiewów. Wreszcie "KillyKillyKilly" znów odsyła nas w mroczną przestrzeń, a nieregularne rytmy i przeszywające dźwięki klawiszy w towarzystwie zdeformowanych chórów, krzyków i deklamacji przywodzą na myśl tzw. współczesną muzykę poważną... ![]() "Crowleymass" (1987) Nieoczekiwana zmiana klimatu, błazeński wygłup i przebojowy utwór tytułowy, a w nim CURRENT 93 we wcieleniu a'la pop lat 80-tych - plastykowe klawisze, biedne chórki z syntezatora, wyrazisty beat i David Tibet w roli mistrza ceremonii wyśpiewującego jajcarski tekst podszyty nutką bluźnierstwa. Do tego wstawka a'la muzyka z cyrku czy odpustu ("As For The Other Side"), nieco hałaśliwy remix "Crowleymass" i 11-minutowy "I arise", gdzie pozornie niewinny pop nabiera klimatu i złowrogiego, i groteskowego. Krótka płytka, ale warta zapoznania. Jedno z większych currentowych dziwactw. ![]() "Dawn" (1987) Kolejne "industrialne" wcielenie CURRENT. Znów mroczne tło, czasem opustoszałe i odległe, czasem przybierające postać lawiny podejrzanego hałasu, a do tego masa kościelnych dzwonów, kościelnych organów i kościelnych chórów. Plus quasi-klasyczne partie klawiszy, głosy męskie i żeńskie, zawodzenia i wezwania. Podobnie jak na "Dogs Blood..." czy "Nature unveiled" obłędna i niepokojąca atmosfera. ![]() "Imperium" (1987) Przepiękny album rozwijający się od ledwo rozróżnialnych szeptów w mroku aż po posępne utwory na gitarę akustyczną (z towarzyszeniem bębnów, klawiszy i rozmaitych tajemniczych zjawisk w tle) oraz głos Tibeta, deklamujący teksty m.in. z Biblii (księga Koheleta, tj. Eklezjasty), głos czasami czysty, a czasami wrzaskliwy i paranoiczny. Czuć już tu wczesny zew neofolku. ![]() "Swastikas For Goddy" (1988) Panie i panowie, oto fundamenty neofolku, płyta absolutnie obowiązkowa, choć na pierwszy rzut ucha niepozorna. 17 dziwnych utworów. Pogańskie śpiewy, klątwy i recytacje ("Benediction", "Blessing", "Valediction") przeplatają się z folkowymi piosenkami ("The Final Church", "Angel", "Oh Coal Black Smith") i garścią utworów-ozdobników, opartych o cyrkowo-jarmarczne melodyjki i dziecięce (lub nie) rymowanki ("Scarlet Woman", "The Stair Song", "Hey Ho The Noddy God"). Ale jeśli chodzi o partie "neofolkowe"... Są jedyne w swoim rodzaju: to niby prosty, gitarowy neofolk, ale jakże drapieżny, dynamiczny, szalony, z Tibetem bardziej wykrzykującym niż śpiewającym swoje teksty (co szczególnie uwidacznia się w ponad ośmiominutowym, silnie zrytmizowanym kawałku "Beausoleil"). Płyta groteskowa, drażniąca i genialna. ![]() "Christ and The Pale Queens Mighty in Sorrow" (1988) Specyficzna płyta, na której "stary" CURRENT 93 przeplata się z "nowym". Kawałki takie jak "Dogun" czy tytułowy oparte są o znane już industrialne zgrzyty, chóry i deklamacje podbite monotonnymi, wyrazistymi rytmami, podczas gdy "The Ballad Of Pale Christ", "Forever Changing" i "Mighty in Sorrow" to manifestacje Current balladowo-neofolkowego, choć w tym ostatnim nabiera to także aspektu mrocznego i transowego... Warto posłuchać. ![]() "Earth Covers Earth" (1988) Jedno z wybitniejszych currentowych dokonań w dziedzinie neofolku. Wpływy industrialne i eksperymentalne przez większą część płyty ustępują pola rzewnym gitarowym piosenkom z towarzyszeniem smyczków i klawiszy. Wokal Tibeta przeplata się z kobiecym śpiewem, towarzyszy im muzyka melancholijna i nostalgiczna, przepełniona smutkiem, ale i spokojem. To tutaj właśnie słyszymy "Rzym dla Douglasa P.", apokaliptyczną balladę o poszukiwaniu sensu w upadającym świecie, czy długi, uspokajający "Blue Gates Of Death", wykonywany wiele lat później m.in. przez polską grupę Exit. No a na końcu "Dreammoves Of Sleeping King", czyli 20-minutowy powrót do starej estetyki CURRENT, eksperymentalnej i zgrzytliwej. Taki niepokojący akcent na finiszu. Pozycja absolutnie obowiązkowa. ![]() "Crooked Crosses For Nodding God" (1989) Jest to właściwie nowe wydanie "Swastikas For Goddy", tyle że część utworów nosi inne tytuły i są nieco inaczej zaaranżowane. Różnice nie są wielkie, aczkolwiek nie zaszkodzi porównać obu albumów. Jednym przypadną do gustu wersje ze "Swastikas...", innym te późniejsze. Rzecz gustu. Warto zwrócić uwagę na tytuł, który właściwie oznacza to samo co poprzedni - "Nodding God" to wszak "Goddy", a "zakrzywione krzyże" to nic innego jak stare, dobre "symbole słońca"... ;-) ![]() "Horsey" (1990) Sroga płyta, warta poznania. Wyobraźcie sobie akustyczny, currentowy neofolk połączony z siarczystymi elektrycznymi gitarami przesterowanymi w noise-rockowej manierze i takąż perkusją. Absurd? Niekoniecznie, posłuchajcie "Horsey". Sześć utworów, w których drapieżność i zgiełk przeplatają się z delikatnością i wyciszeniem, coś jak "piękna i bestia". Dzieło niezwykłe i nietypowe. Mają ludziska pomysły, chciałoby się rzec. ![]() "Looney Runes" (1990) "Zwariowane runy" to osiem koncertowych kawałków, w zasadzie znanych już ze "Swastikas For Goddy" i "Crooked Crosses...". Warto jednak mieć tę płytę, bo wykonanie jest specyficzne - niby to wciąż neofolk, akustyczne gitary, bębenki i takie tam, a jednak wszystko to brzmi niezwykle dynamicznie i intensywnie, z rockową niemal ekspresją - choć to przecież nie rock. Szczególnie słychać to w kawałku "Happy Birthday Pigface Christus"... No i do tego okładka, parodiująca biednego Królika Bugsa i jego "zwariowane melodie", zwariowane nawet nie w połowie tak, jak C93. ![]() "Island" (1991) Szczególny album, na którym David Tibet eksperymentuje z psychedeliczną elektroniką z pogranicza ambientowych padów, "new age music" i rytualnych rytmów. Muzyka piękna, poruszająca i w zasadzie nostalgiczna, choć Tibet nie byłby sobą, gdyby nie dodał paru rodzynków. I tak mamy tutaj nową, chyba najlepszą wersję "Crowleymass", a także "Paperback Honey" i "Fall Of Christopher Robin", dwa dziwaczne kawałki w których Tibet eksperymentuje z... jazzem, funky i popem... Brzmi to niezwykle i może trochę psuje zasadniczo melancholijny nastrój płyty, ale pewnie tak miało być ;-) ![]() "As The World Disappears..." (1991) Koncertowy album, zawierający utwory znane z wcześniejszych płyt, ale rzecz jasna wersje "live" brzmią nieco inaczej. Repertuar typowo neofolkowy, Tibet z zespołem roztacza atmosferę smutku, tęsknoty, refleksji i bólu, towarzyszą mi piękne akordy gitary, partie smyczkowe i delikatne melodie klawiszy. Świat umiera, świat zanika, ale jakie to piękne na swój sposób... ![]() "Thunder Perfect Mind" (1992) Płyta przez wielu uważana za absolutnie genialną. Przeze mnie nie, tym niemniej niewątpliwie warto się z nią zapoznać. Kilkanaście neofolkowych ballad, gitara akustyczna plus dodatki i oczywiście głos oraz teksty Tibeta. Płytę rozpoczyna piękna ballada o zstąpieniu Długiego Szatana i Babilonu, do wybitnych akcentów należy także "A Song For The Douglas..." oraz "In The Heart Of The Wood" - utwór przy którym krew zaczyna szybciej krążyć. No i jest na tej płycie także apokaliptyczny "Hitler As Kalki". Album jak najbardziej fundamentalny. ![]() "Hitler As Kalki" (1993) Kolejna koncertówka. Tym razem kawałki z "Imperium", "TPF" i "Christ & The Pale Queens...". Te z "Imperium" brzmią szczególnie pięknie, emocje sięgają zenitu, słychać, że Tibet robi to co robi z przekonaniem i zaangażowaniem. No i oczywiście koncertowa wersja tytułowego kawałka też robi wrażenie, aczkolwiek uprzedzam, że jest to utwór drapieżny i dość trudny w odbiorze. ![]() "The Nodding Folk" (1993) Dwa kawałki. Jedna ballada z pełnym emocji, krzykliwym wokalem i jeden dziwaczny eksperyment z różnymi dziwnymi miauczeniami, zawodzeniami i cyrkowo-jarmarczną melodyjką na koniec. Takie małe kuriozum dla starych wyjadaczy. ![]() "Of Ruine Or Some Blazzing Starre" (1994) Kolejne fundamentalne dzieło neofolkowe. Przepiękny album oparty o subtelne gitarowe akordy, którym towarzyszą rozmaite dzwonki, klawisze, smyczki i nieco elektronicznych ornamentów pobrzmiewających w tle. Dziwne, smutne teksty, deklamowane przez Tibeta idealnie komponują się z muzycznym akompaniamentem. Płyta, w którą można i należy się głęboko wczuć. ![]() "Lucifer Over London" (1994) Tego nie można opuścić, nie można obojętnie przejść obok tego albumu. Jedno z najbardziej sugestywnych przedstawień wszechogarniającej apokalipsy. Trzy utwory, ale jakże treściwie. W pierwszym (rozpoczynającym się riffem z "Paranoid" Black Sabbath") Tibet kreśli porażającą wizję lotu Lucyfera nad Londynem i robi to tak, że bledną wszelkie hollywoodzkie produkcje o szatanie i Armageddonie. Niesamowita dynamika i ten finalny śpiew przy bijących dzwonach: And sixsixsix / It makes us sick / We're sicksicksick of 666... Potem następny utwór, "Sad Go Round", czyli zaplątane, melodyjne, psychedeliczne solówki gitarowe, kreujące nieokreślony smutek i melancholię, a na koniec ponad 13-minutowa kompozycja Seven Seals Are Revealed. Zdjęto siedem pieczęci, rozpoczyna się apokalipsa. Rozpoczyna się w sposób bardzo stonowany - Tibet rozpoczyna deklamację bardzo długiego tekstu, gdy w tle pobrzmiewają dźwięki tajemnicze i bliżej nieokreślone. Stopniowo nastrój pogłębia się, z otchłani dobiega nas cichy akompaniament gitary akustycznej, a jeszcze później smutna melodia z ostatniej epoki... Do słuchania o zachodzie słońca, gdy czerwień rozpalonego nieba ustępuje już miejsca granatowi nocy.
"Tamlin" (1994)Krótka płytka, niby niepozorna, a jednak - przepiękna. Dwa kawałki. Tytułowy to długa neofolkowa ballada, w której Tibet zdaje się wcielać w średniowiecznego truwera, opowiadającego wzruszającą historię miłości Lady Margaret i młodzieńca porwanego przez elfów. Jedna z - moim zdaniem - najpiękniejszych piosenek w dziejach zespołu, a może i najpiękniejszych w ogóle. W drugim utworze - "How Has The Great Satanic Glory Faded" znów mamy neofolkowy szkielet, ale okraszony elektrycznymi solówkami, równie poruszającymi i pełnymi napięcia jak wokal Tibeta, sięgający momentami obszarów natchnionego, rozpaczliwego krzyku, aż w końcu wszystko cichnie i uspokaja się - i tak przeminęła wielka chwała Szatana. ![]() "Where The Long Shadows Fall..." (1995) Pierwsza część trylogii "Inmost Light". Jeden dwudziestominutowy utwór z pogranicza ambientalnego eksperymentu i melodeklamacji. Zapętlony kobiecy śpiew w tle, jakby dobiegający z dalekiej przeszłości czy otchłani, do tego powolne, długie dźwięki i oczywiście Tibet deklamujący swój tekst. Wszystko to mroczne, transowe, zarazem odległe i bliskie, wdzierające się w uszy i umysł słuchacza. Album, który może wydawać się monotonny, ale wystarczy się wczuć i już jesteśmy tam, gdzie padają długie cienie... ![]() "The Starres Are Marching Sadly Home..." (1996) Następny dwudziestominutowy singiel ambientowo-eksperymentalny. W tle jakieś dudnienia, buczenia, przytłumione, odległe melodie, czasem coś bardziej szumiącego czy zgrzytliwego. Mroczna, głęboka przestrzeń, trochę jak na wczesnych płytach zespołu. I Tibet, jak zawsze coś tam deklamujący. Piękna płyta, ale niełatwa, wymagająca nastroju i skupienia. ![]() "All The Pretty Little Horses" (1996) Wyjście z otchłani, powrót do cudnych neofolkowych ballad. Kilkanaście piosenek, czasem nieco drapieżnych ("The Carnival is Dead and Gone"), czasem niemal słodkich jak kołysanka (vide utwór tytułowy). Albo złowrogich ("Twilight Twilight Nihil Nihil"). Teksty o przemijaniu, poszukiwaniu Boga i sensu życia, o poczuciu pustki i próbie jej wypełnienia, o świetle i ciemności. Wokalista jak zawsze śpiewa (deklamuje) z uczuciem, a muzyka... Niby to co zawsze, gitara, klawisze, dzwonki, jakieś elektroniczne podkłady. Ale dlaczego to tak chwyta za serce? ![]() "In A Foreign Town, In A Foreign Land" (1997) Wycieczka w opustoszały i wyciszony świat, do wymarłego miasta. Cicha i dziwna płyta, taki dark ambient i to bardzo minimalistyczny. Cztery długie utwory, przywodzące na myśl Lustmorda. Głębokie, bardzo niskie dudnienie lub buczenie w tle, z tejże otchłani dobiegają zawodzące śpiewy, odległe echa, czasem zgrzyty, wysokie tony i inne niepokojące dźwięki. Płyta powstała przy współpracy Tomasa Ligottiego, autora horrorów (znanego w USA, u nas mniej), który napisał teksty. Nie jest to zły album, wręcz przeciwnie, ale wymaga naprawdę odpowiedniego nastroju i wolnego czasu, na pewno nie pasowałby jako tło do zmywania garów. ![]() "Dogs Blood Order" (1997) Powrót do korzeni, czyli koncertowe wersje dwóch starych, ale jarych kawałków o Maldororze. Jest gęsto, złowieszczo, posępnie. Chóry, deklamacje, zgrzyty, czarna, dudniąca magma dźwiękowa, przesterowane głosy i tak dalej. Tajemniczo i upiornie. ![]() "Soft Black Stars" (1998) "Soft Black Stars" to bodaj najsmutniejsza, najbardziej nostalgiczna i melancholijna płyta w dorobku Davida Michaela Buntinga - aka David Tibet. Niewątpliwie wpływ na to - poza nastrojem i stylem typowym dla całej twórczości CURRENT 93 - ma także nader oszczędne instrumentarium. Czasem bowiem największe piękno kryje się w minimalizmie i prostocie, czasem do wielkiej ekspresji wystarczy jedynie fortepian i ludzki głos. To wszystko, co znajdziemy na tym albumie, a jednak - uwierzcie mi - przedsięwzięcie to może zrobić na was ogromne wrażenie, o ile tylko wykrzesacie z siebie odpowiednią wrażliwość. Absolutnie obowiązkowa pozycja. ![]() "Faust" (2000) Jeden, trwający ponad pół godziny utwór, oparty na tekście hrabiego Steinbocka - XIX-wiecznego artysty-dekadenta z poplątaną biografią (jak to dekadenci). David Tibet wykorzystał w "Fauście" głębokie drony, odległe bicie kościelnych dzwonów, fragmenty modlitw i zaśpiewów oraz tajemnicze, grobowe szepty, przewijające się właściwie przez cały materiał. Dzieło wymagające nastroju i skupienia. ![]() "I Have A Special Plan For This World" (2000) Znów jeden utwór, ponad dwudziestominutowa kompozycja z pogranicza dark ambientu i "spoken word". Autorem tekstu, którego polskie tłumaczenie można znaleźć na Apostazji, jest Ligotii, a odczyt prowadzi oczywiście Tibet. Tajemnicze szmery i plamy dźwiękowe w tle oraz zniewalający głos Tibeta, wcielającego się postać człowieka, nagrywającego na taśmie swoje obsesje i wyznania. Szczególnie zwraca uwagę końcówka, w której głos ulega głębokiej destrukcji, zacinając się i zapętlając. Krótkie arcydziełko. ![]() "Sleep Has His House" (2000) Powrót do spokojnych ballad, tym razem w większości opartych o przeszywające, pełne bólu i smutku partie akordeonu, wspieranego dyskretnymi melodiami gitary i klawiszy. David Tibet dedykował ten album swojemu zmarłemu ojcu. Piękna, melancholijna płyta z poetyckimi tekstami. Kontrowersyjny może być jednak utwór tytułowy - trwający ponad 24 minut i oparty właściwie tylko o jeden, prosty, monotonny i w kółko powtarzany motyw na akordeonie, kilkakrotnie ozdobiony deklamacjami Tibeta. Dla jednych będzie to esencja CURRENT i porywający trans, dla innych - nieznośny, przesadzony eksperyment. Kwestia gustu. Ogólnie jednak: bardzo ciekawa i bardzo ważna płyta. Więcej o zespole: www.brainwashed.com/c93 (autor: ATW) |
||||