NOISE - MAKER'S FIFES "Legnica"
CD'r '2008
Impulsy Stetoskopu [IS 003]
(limit do 120 kopii)
Właśnie wpadł mi w ręcę zapis koncertu belgijskiej grupy Noise Maker’s Fifes, z twórczością której dopiero co zacząłem się zapoznawać. Dziwne, że tak późno, skoro muzycy, skądinąd bardzo dobrze mi znanej Job Karmy, stwierdzili, iż pilotowanie polskiej trasy tego zespołu, było bezpośrednim impulsem do założenia własnego projektu. Więc już sam fakt, że dzięki NMF mamy Job Karmę, powinien zobligować do zapoznania się z ich dorobkiem. Tytuł płyty wskazuje miejsce nagrania koncertu, a odbył się on jedenaście lat temu, w czasach, w których zaczynałem chodzić na koncerty, tyle, że w glanach i z butelką jabola za pazuchą. Jest to więc zapis z czasów prehistorycznych, zarówno jeśli chodzi o mój życiorys, jak i zainteresowania muzyczne. „Legnicę” wydał nowopowstały label Impulsy Stetoskopu, słusznie kojarzony z papierowym wydawnictwem, również sprzed dekady. Ponieważ egzystuje on na peryferiach sceny postindustrialnej radzę zerknąć od czasu do czasu na bloga Dewast, gdzie na pewno ukażą się informacje na temat nowych release’ów, które zapowiadają się naprawdę smakowicie.
Wracając do NMF i zawartości płyty: odpakowując ją z bardzo delikatnej folii aluminiowej, musimy szczególnie uważać, jeśli chcemy, aby godnie prezentowała się na półce. Dobrym pomysłem byłoby dodawanie do niej skalpela i nie chodzi tu o dodawanie jakichkolwiek akcesoriów dla kolekcjonerów amatorów, zajeżdżałoby to pretensjonalnością (przede mną leży czarna rękawica z lateksu, dodawana do jednej płyt z wydawnictwa Beast of Prey, z nudów napełniam ją powietrzem z płuc i wypuszczam, strasząc swojego kota). Chodzi o czysto pragmatyczne względy. Kiedy przedrzemy (przetniemy) się przez aluminium, oczom naszym ukazuje się tradycyjne opakowanie CD z naklejonymi obrazkami (porośnięte trawą ruiny, układy scalone przypięte do drzewa). Osobiście jestem fanem tego typu rozwiązań, lubię patrzeć na takie cudeńka, tworzone rękoma wydawcy, który musi się naciąć i poprzyklejać wszystko samodzielnie, podobnie numerując płyty (z drugiej strony nakłady nie są tak wielkie, żeby stanowiło to jakąś trudność, ale przecież równie dobrze mogliśmy dostać produkcje seryjną z drukarni). Po włożeniu płyty do playera zamieniamy się w słuch. Lekko wibrujące tło, towarzyszące nam przez większość czasu, z początku, używając powszechnej nomenklatury – dark ambientowe – potrafi przejść w bardziej skrzypiące dźwięki. Z czasem atmosfera gętnieje, pojawiają się dźwięki, które jasno oddają gatunek, który ponoć nie jest ważny, ponieważ liczy się muzyka, ale trzeba być konsekwentym, skoro już raz się użyło jakiegoś terminu. Tak więc odgłosy maszyn, łoskot blachy i im podobne efekty dźwiękowe – wbijające się ostrymi szponami w mózg – świadczą o starym dobrym industralu, a elektroniczne „cip-cip-cip” i inne momenty urozmaicają ten kolaż dźwięków. Tempo jest raczej powolne, na „Legnicy” dzieje się dużo, ale w stosunkowo szerokich odstępach czasu, co nadaje płycie hipnotyzujący charakter. Generalnie muzyka jest przyjemna i dobrze mi się jej słucha jako tła, ale nie wnosi nic nowego, jest raczej wydawnictwem archiwalnym, prezentującym jakiś tam wycinek historii industrialu. Jedynym jej mankamentem wydaje mi się to, że jest odrobinę za cicho nagrana. Zdecydowanie dla nowych adeptów przemysłowych brzmień, jak i zatwardziałych kolekcjonerów.
Hans
www.myspace.com/impulsystetoskopu
