Apostazja -amgazyn muzyczny




neubauten_plakat.jpg - 100019 Bytes



Jechałem na ten z koncert z nadzieją, że po raz kolejny w tym miesiącu zobaczę zespół istniejący ćwierć wieku, który mocno ewoluował, a jednocześnie wypracował swój własny, oryginalny styl i technikę grania. Traktowałem to jako pewniak, więc podróż upłynęła w miłej atmosferze, choć gdy dojechaliśmy do Warszawy, oprzytomniałem, stwierdziwszy, że właściwie nie wiadomo jak dojechać do Progresji, w której jeszcze nie byłem. Robiło się późno, a my mieliśmy drobne problemy komunikacyjne, lecz koniec końców, gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że zaczęto wpuszczać ludzi z półgodzinnym opóźnieniem, więc postaliśmy w kolejce, która dłużyła mi się niemiłosiernie z powodu zmęczenia pogodą i bezcelowym łażeniem po centrum. Gdy już weszliśmy do środka, polazłem po piwo, a następnie wszedłem do właściwej sali, stanąłem niedaleko akustyka (wiadomo, że obok niego zawsze najlepiej słychać) i czekałem na koncert. Próbowałem szacunkowo policzyć ludzi, ale ciągle jacyś dochodzili, więc dałem spokój. Myślę, że było około 350 osób, co nie wydaje się zbyt dużo jak na zespół tego formatu.

Koncert zaczął się około 21.00 kawałkiem „Die Wellen” z nowej płyty Einsturzende Neubauten – „Alles wider offen”, a ponieważ trasa zespołu właśnie tę płytę promowała, większość zagranego materiału pochodziła właśnie z niej („Nagorny Karabach”, „Let’s do it da da”, „Weil Weil Weil”, „Susej”, „Ich Warte”), choć nie brakło kawałków ze starszych płyt jak „Perpetuum Mobile” („Dead friends”) czy „Silence is sexy” („Sabrina”, „Heaven is honey”, „Alles”). Zespół grał technicznie bardzo dobrze, widać, że muzycy do perfekcji opanowali zarówno tradycyjne instrumenty, jak i te wykonane przez siebie z różnych metalowych elementów, rur PCV i innych materiałów. Przyjemnie było usłyszeć surowe, metaliczne brzmienia owych samoróbek, gdyż niewiele zostało zespołów, które nie generują takich dźwięków sztucznie, tzn. za pomocą komputera, co zubaża brzmienie. Tak więc około pięciu czy sześciu kawałków wysłuchałem na sali, resztę sobie odpuściłem.

Są generalnie trzy powody, dla których koncert EN nie był dobry i żaden z nich nie tyczy się muzyków, oni swoje zrobili jak mogli (przynajmniej tak chciałbym wierzyć): po pierwsze – akustyka. Było za głośno, a dźwięki poszczególnych instrumentów momentami się zlewały w jeden szum, co chwaliłbym, gdybym był na jakimś występie harsh-noise’owym, ale nie w tym przypadku. Po drugie – klub. Był za mały albo nie miał klimatyzacji, w środku było duszno i nieprzyjemnie. Oto dwie rzeczy, które sprawiły, iż trudno było się skupić na muzyce, natomiast trzecia jest bardziej problematyczna. W pierwszej chwili chciałbym napisać publika, ale zdaję sobie sprawę, że to przez kilku osobników miałem ochotę stosować odpowiedzialność zbiorową. Częste darcie ryja „Bliiiiixaa” czy „Blyxa” było irytujące, a rzucanie w wyżej wykrzykiwanego szmatą (koszulką, tak?) podczas wykonywania kawałka, to po prostu żenada. Doprawdy momentami brakowało, aby jeden z drugim rozbili pod sceną namiot i ruszyli z transparentem z nazwą zespołu (pewnikiem znalazłoby się w niej sporo błędów). Inna sprawa to strzelające cały koncert flesze i debilne owacje dla każdej wypowiedzi „gwiazdy”, ale to akurat tyczy się każdego, większego koncertu.

Cóż, mogło być lepiej i mam nadzieję, że następny koncert EN zaliczę do tych bardzo udanych.


Hans