THE NOTWIST "The Devil, You + Me"
CD '2008
City Slang [CS39]
Przyznaję, że zachwyty, które buchały z recenzji „Neon Golden” dane mi było zrozumieć dopiero po solidnym okresie czasu od pierwszego przesłuchania tejże płyty. Kolejny z konstelacji projektów braci Acherów (Lali Puna, Tied & Tickled Trio – żeby wspomnieć co bardziej znane) jawił mi się na tle pozostałych raczej nieco naiwnie, nie wiem czy ...to ze względu na wybitnie piosenkowy charakter, czy też nieco dziecinnie, łagodne wokalizy Markusa Achera. W każdym bądź razie nim zawartość tego LP dotarła do mnie, nakurzył się biedaczyna w stojaku solidnie. Jednakże wybitnie chwytliwy charakter takich hitów jak „Pilot” czy „Pick up the phone” co jakiś czas skłaniały mnie do ponownych odsłuchów, które z każdym kolejnym podejściem zaczęły występować w moim odtwarzaczu w coraz krótszych interwałach, aż o przewrotności losu stałem się nieprzejednanym fanem Notwist. Pod tą nieco infantylną warstwą wierzchnią ukazał mi się cały przebogaty wachlarz talentów tak dobrze znanych z innych projektów Acher bros – genialne kompozycje (najtrudniej napisać dobrą piosenkę – ten truizm zna każdy), subtelne wykorzystanie elektroniki, dbałość o detal i brzmienie oraz perfekcyjna produkcja.
Na „The Devil, You + Me” przygotowany byłem więc jak mi się wydawało na ostatni guzik. Wiedziałem, że jest duża szansa na wielki album, ale rzeczywistość powielokroć przerosła moje oczekiwania. Różnica między „Neon Golden” a jego następcą jest jak między nastolatkiem, a dorosłym mężczyzną. Owszem – Acherowie nie rezygnują ze stylizowanych na indie, dość prostawych na pierwsze ucho piosnek, co łatwo zauważyć słuchając „Gloomy Planets”, „Gravity” czy mojego ulubionego „Boneless” - notabene, choć było to wcześniej dla mnie nie do wiary, utworów jeszcze bardziej szlagierowych niż wspomniane hity z poprzednika. Jednak akurat nie ta kwestia najbardziej mnie zaskoczyła... Już od „Where in this world” klimat robi się mroczny i depresyjny jak nie szukając daleko u zawodowych akompaniatorów młodych samobójców - brytoli z Hood. Rozjazgotany „Alphabet” poleciłbym swobodnie przeżywającej niedole okresu dojrzewania grupie emo, co by mieli choć dobrą muzyczną edukację z tego groteskowego etapu żywota. Wniosek ten nie umniejsza rzecz jasna w niczym Notwistowi, bo swoim emocjonalnym graniem trafia w każde progi, a taki rozedrgany „On Planet Off” czy sentymentalny „Hands On Us” jak się okazuje, chwyta za gardło także i starego konia z żoną, dziećmi i kredytem.
Jednym z bardziej ekscytujących substratów tego piorunującego efektu jest fakt, że band pokusił się o wykorzystanie w nagraniach ponad 20 osobowej orkiestry, co szczęśliwie nie skończyło się jak to w znakomitej większości tego rodzaju zabiegów przyprawieniem koturna z kapeluszem a la Boguś Mec, co też jest sztuką samą w sobie. Tak jak elektronika, tak i orkiestralne aranże są mistrzowsko wtopione w tło i nie zakłócają roboty głównego instrumentarium. Zasadniczo utwory z albumu mogłyby być zagrane na pudle przy ognisku i nie straciłyby swojego charakteru, co tym bardziej każe mi chylić czoła ku kompozytorskim talentom braci Acherów.
„The Devil, You + Me” trafia w moją w moją wrażliwość idealnie. Już dziś mogę przypuszczać, że być może będzie to jedna z moich ulubionych płyt ever. No i też miło mi w końcu po tylu latach z czystym sumieniem dołożyć na półce nową płytę oznakowaną logo City Slang
yac
diggin.pl
www.myspace.com/thenotwistnow
