Apostazja -amgazyn muzyczny



parzival2011.jpg - 17354 Bytes



PARZIVAL "Urheimat"
CD '2011 [50:34]
Euphonious

Zakon powraca. Jak zawsze - niemiłosiernie bombastyczny, pomnikowo niewzruszony i śmiertelnie poważny. "Praojczyzna" zapowiadana była jako najbardziej "taneczna" i zrytmizowana płyta zespołu, który od dobrych kilkunastu lat rozwija swoją własną interpretację estetyki post-laibachowskiej - najpierw pod nazwą Stiff Miners, później jako Parzival (względnie Order of Parzival).

Skojarzenia z Laibach są oczywiście nieuchronne. Znakiem rozpoznawczym Parzival jest przecież głęboki, studyjnie przetworzony, gardłowy wokal, deklamujący teksty głównie po niemiecku i łacinie - podobnie, jak robi to Milan Fras. Sama muzyka stanowi specyficzne połączenie electro-industrialu z podniosłą "symfonią z syntezatora", w czym przecież specjalizuje się Laibach.

Nie znaczy to jednak, że muzyka Parzival jest kiepska, trzeba jedynie "kupić" tę konwencję. Pamiętajmy przy tym, że w przeciwieństwie do słoweńskiego "oryginału", tu wszystko jest na serio, tak przynajmniej wnosić można zarówno z samej muzyki, jak i z wypowiedzi lidera zespołu, Dymitra Bablewskiego. O ile Laibach gra schematami kultury popularnej w iście postmodernistyczny sposób, bazując na aluzjach, parodiach i pastiszach, o tyle Parzival głośno deklaruje swoją misję, swoistą ezoteryczną krucjatę duchową.

"Urheimat" faktycznie jest płytą najbardziej "techno" czy też najbardziej "electro" w dyskografii kapeli. Prosty, motoryczny beat, będący szkieletem właściwie każdego utworu, przywodzi na myśl "Deus Nobiscum", jeden z wcześniejszych albumów. Ale "Urheimat" jest nieco inne - mniej tu neoklasycznych melodii, więcej rytmu, brzmienie jest głębsze, silniej podkreślony jest bas. Kawałek "Leben ist Fabrik" ociera się wręcz o estetykę D.A.F. czy wczesnego Front 242. Kto wie, czy wszystko to nie stanowi nawiązania do najdalszych korzeni zespołu, to znaczy albumu "Giselle", wydanego w 1995 roku jeszcze pod nazwą Stiff Miners?

Lubię Parzival, to fakt. Lubię ten przytłaczający patos, zamordystyczny monumentalizm, odczłowieczony wokal, to specyficzne przewartościowanie, w ramach którego patenty zdawałoby się hedonistycznej, rozrywkowej muzyki elektronicznej z parkietu zostają przeniesione na plac defilad czy pole bitwy (z niewiernymi? z własnymi słabościami?). Dla niektórych będzie to przesada, albo wprost - kicz, może nawet operetka. W porządku, ale ja pozwolę sobie napawać się i wczuwać. Niemniej "Urheimat" wyceniam tylko na czwórkę - czegoś mi tu brakuje, tak jakby zespół poszedł jednak o pół kroku za daleko w stronę owego "parkietu". To subiektywne, niektórym może przypaść do gustu właśnie takie oblicze rosyjsko-duńskiej grupy. Ja jednak czekam z wytęsknieniem na przedsiewzięcie, do którego ma dojść jesienią - Parzival nagra album wspólnie z trzydziestoosobową orkiestrą z Pragi.

Adam T. Witczak


www.parzival.dk
www.myspace.com/orderofparzival