
Czy widzieliście kiedyś miasto, któremu zabrano historię, w którym nie pozostawiono żadnego kamienia, który mógłby świadczyć o jego świetności i dawnych mieszkańcach ? Czy znaliście naród, któremu odebrano korzenie i język ? Czy byliście w miejscu, w którym nie ma żadnego budynku czy pomnika, który zachwyciłby pięknem ? Czy spotkaliście ludzi, którzy uśmiechają się tylko trochę i tylko w alkoholowym amoku? Witajcie w Kaliningradzie - tutaj można tylko pić, albo...
...albo wyrwać się poza miasto, wyjechać przez gorące i zadymione centrum na przedmieścia, później przedzierać się przez gąszcz zieleni, w którym kryje się jednak tajemnicza ścieżka prowadząca do Fortu Stein, w którym 2 maja 2002 po raz drugi odbył się PRUTENA FESTIVAL przywracający to, co w Kaliningradzie już umarło. Za sprawą kilku pasjonatów miasto w mistyczny sposób zmienia się na nowo w Koenigsberg: zaczyna żyć historia, tradycja, język i piękno zapomnianego świata Prusów. Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a pomarańczowe cienie zaczęły znikać z drzew okalających XIX-wieczne mury, rozpalono ogniska. Zrobiło się zupełnie cichutko, a ze wzniesień fortyfikacji popłynęła melodia pieśni żegnającej chowające się za horyzontem Słońce. Zespół KULGRINDA, w pradawnym odzieniu, wyłonił się z czeluści fortu i powoli, śpiewając porywającą pieśń, zstępował przed publiczność. W przeciągu następnej godziny staliśmy się świadkami rytuału oddającego cześć jednemu z żywiołów - Ogniowi. Trudno jest opowiadać o twórczości KULGRINDY osobie, która nie zna osiągnięć tego zespołu - to jak rozmawianie ze ślepcem o kolorach. Polifoniczne pieśni, wykonywane przez zespół, w niezwykły sposób pobudzały słuchaczy, porwały wszystkich w minione wieki, a odprawiany rytuał wytworzył atmosferę prawdziwego święta. Picie piwa, palenie w ogniu płodów Ziemi... Kto choć raz słyszał Kulgrindę domyśla się, o co chodzi. Stało się tak, jakby to grupka przyjaciół spotkała się przy ognisku, by trochę pośpiewać, posłuchać kilku legend i opowieści, złożyć hołd siłom Natury.
Po niezwykle mistycznym przeżyciu czekała nas kolejna metafizyczna przygoda: tym razem już na scenie: zapłonęły znicze, dostroili instrumenty członkowie ROMOWE RIKOITO, rozpoczęła się prawdziwa uczta dla miłośników neofolku. Delikatne dźwięki gitar, klawisze, skrzypce i wiolonczela wraz z przejmującym głosem Niktoriusa zdają się działać na publiczność z różnych stron naszego kontynentu podobnie: cisza, moment zastanowienia... Na własnej ziemi koncert zespołu wypadł naprawdę świetnie, chłonęło się go aż do zasłuchania. Ponad godzinny występ zdawał się trwać chwilę, w której jednak mieliśmy szansę usłyszeć najlepsze kawałki z "Narcisism".
Po takiej uczcie duchowej człowiek był już w pełni syty wrażeń, a to minęła dopiero połowa koncertu...
Ogromne wrażenie zrobił na mnie występ MOON FAR AWAY, który widziałam pierwszy raz na żywo. Już na samej próbie nowa wokalistka porwała publiczność czystością swojego głosu śpiewając a' capella folkową piosenkę o dzieweczce, która "krówku doiła"... Sam koncert okazał się wspaniałym spektaklem dark folkowym. Członkowie zespołu ubrani byli w stroje przypominające te, znane z niektórych fotografii Crowley'a, zresztą podczas koncertu można było zobaczyć wiele innych symboli związanych z działalnością twórcy Magiji. Oprawa naprawdę niesamowita: palenie tekstu po każdym utworze, tajemnicze znaki... Jednak nie tylko to, co widoczne, stanowi o fenomenie MOON FAR AWAY - najważniejsze, to szeroko otworzyć się na tę przejmującą muzykę, na dźwięki ni to powracające z przeszłości, ni to przybywające z niezbadanego Uniwersum.
Na deser pozostała WELDISNA - twór wielce tajemniczy, nie dokonujący zapisów swojej twórczości na żadnych nośnikach. O jej liderze Wolfsbloodzie krążą legendy. Człowiek to bardzo małomówny i całkiem zamknięty w sobie. Tego wieczoru wspomagał go w trakcie występu jeden z członków KULGRINDY oraz Ugnius z projektu NOTANGA. Cóż można powiedzieć o samej muzyce? Była ona na pewno bardzo trudna w odbiorze dla osób, które mało znają historię tych ziem i prastary język Prusów. Oprawę muzyczną stanowiły tylko i wyłącznie bębny wybijające przeróżne transowe rytmy. Wszystkie utwory były przeraźliwie długie, co powodowało, iż wraz z bardzo niezrozumiałym tekstem nużyły i wręcz denerwowały. Twórczość tą można pewnie traktować jako pewien eksperyment mnie on jednak szczerze przyznam się przerósł. Uważam, iż niewiele miał wspólnego ze sztuką w ogóle, że o tej zaprezentowanej tego wieczoru nie wspomnę. Skapitulowaliśmy przed jego zakończeniem. Zmęczeni wrażeniami minionego dnia pożegnaliśmy organizatorów, uścisnęliśmy rękę zespołom i w ciemnościach otaczających fort Stein odnaleźliśmy leśną drogę prowadzącą do miasta, w którym ludzie uśmiechają się tylko trochę...
Izolda
Więcej informacji o festiwalu:
http://prutena.woods.ru
