Apostazja -amgazyn muzyczny


punch.jpg - 94093 Bytes


Sny się spełniają…

Teraz już nie mam wątpliwości co do tego, ale o tym w dalszej części tej relacji... Do Lipska wybraliśmy się w najsilniejszym składzie, czyli: redakcja Apostazji (dwa Tomki), Infamis z Beast Of Prey i dobry duch całego towarzystwa, Piotr. Jak się okazało na miejscu, Polska była reprezentowana tylko przez nas.

Wyruszyliśmy wczesnym rankiem i w okolicach południa zameldowaliśmy się w miłym hostelu, blisko dworca. Po małym odpoczynku, skromnym posiłku i nie skromnym napitku ruszyliśmy na miasto. Lipsk przywitał nas wiosenną aurą oraz pozytywnym klimatem. Ani śladu polskiej ponurości i malkontenctwa widocznego na każdym kroku. Ludzie mili, sympatyczni, kulturalni… Nie ma co się więcej zastanawiać - pod pewnymi względami nasze kraje dzieli duża przepaść. Spacerowaliśmy, zwiedzaliśmy zmierzając powoli w stronę klubu, który znajdował się w granicach centrum. Uzbrojeni w plan miasta radziliśmy sobie całkiem nieźle z szukaniem, co najmniej jak starzy harcerze ;). No i dotarliśmy jako pierwsi, tuż po 18. Klub okazał się ukrytym w podwórzu przedwojennym kinem, z odrapanymi ścianami i unikalną, dekadencką atmosferą. W środku nikogo prawie jeszcze nie było, poza ludźmi z obsługi technicznej, kilkoma muzykami, oraz Tairym z AIT! / Punch Records, z którym się przywitaliśmy a potem zasiedliśmy wygodnie w fotelach, by popatrzeć na scenę i delektować się miejscem, w którym niebawem miały się rozpocząć koncerty. Słowo "niebawem" wydłużyło się jednak dość znacznie, ze względu na znane bywalcom wszystkich imprez, problemy techniczne.

Tak czy inaczej, jako pierwszy, na scenie zameldował się hiszpański projekt COMANDO SUZIE, któremu towarzyszył na scenie Demian z O PARADIS. Załoga Comandante Raula została przywitana gromkimi brawami i pokazała jak należy grać miejski cybertechno - pop z południowym feelingiem i duchem rock'n'rolla. Słuchało się tego bardzo przyjemnie, do muzyki doskonale pasowały hiszpańskie teksty wyśpiewane niskim głosem przez Raula. Nadmienię jeszcze, że jak na pierwszy koncert w swej historii, (bo grupa nie grała jeszcze nigdy na żywo) COMANDO SUZIE wypadli naprawdę dobrze. Następnie na scenie zainstalował się mistrz analogowych brzmień w Włoch, ERIK URSICH. Jego muzykę znałem wcześniej z jednego LP, wydanego w Punch Records i koncertu w takim klimacie właśnie się spodziewałem. Miało być spokojnie, melancholijnie, sennie. Miało być, owszem, w moim mniemaniu na pewno ;). Było jednak zupełnie inaczej. Hałaśliwie, eksperymentalnie, noise'owo, psychodelicznie. Abstrakcyjny wydźwięk całości wzmacniały odjechane filmy, pokazujące m.in. jakieś kolorowe kropki, czy też krasnoludki goniące królewnę śnieżkę. Zmęczył nas ten występ dość mocno, a neurony tłukły się ze sobą w naszych mózgach powodując co najmniej lekką irytację. Miało być analogowo i było, a że chaotycznie, to już inna para kaloszy. Gdy artysta zszedł ze sceny poszliśmy rozprostować kości, oczywiście zostawiając wartę przy naszych świetnych miejscach obejrzeliśmy drugim rzędzie i obejrzeliśmy stoisko z płytami z dystrybucji Punch Records. Niżej podpisany, z resztą ciągle chodził je oglądać i nie żałuje, choć jego portfel stał się zdecydowanie lżejszy ;). Po Eriku na scenie zaczął się instalować zupełnie nam nieznany niemiecki zespół ELLI RIEHL, cieszący się u naszych zachodnich sąsiadów bardzo dużą estymą. Zostali przywitani bardzo ciepło i zagrali. Ufff, mi zagrali na nerwach, tego jestem pewien. Wyglądali niczym banda wiedźm lub troli w kapturach, z maskami na twarzach. Prezentowali się niczym rasowa black metalowa horda. Poza tym, co chwile podczas swego występu dmuchali w publiczność kłębami dymu, a że siedzieliśmy blisko sceny zostaliśmy niemalże zagazowani. A muzyka? Image członków zespołu doskonale oddawał klimat tego co tworzyli. My nazwaliśmy to na swój użytek black metalowym GOETHES ERBEN. Niemcy byli wniebowzięci, reagowali niemal ekstatycznie, a my? Zdania wśród nas są podzielone. Mnie oni rozbawili, jednak w tym kontekście, że cieszyłem się, gdy już opuszczali scenę. Po przerwie zainstalował się na niej WERMUT, jeden z bandów, dla których przyjechałem do Lipska. Powiało mistycyzmem, melancholią, refleksją. Niemiecki duet zagrał niewiele utworów w duchu minimal elektro lat 80, znanych choćby z ostatniego dużego albumu "Anna" czy MLP "Hoffnung", skupił się zaś na ambientalnych tłach, nostalgicznych melodiach, recytacjach w języku francuskim. Zamknąłem oczy, jeden z kolegów zasnął (nie będę wymieniał nazwiska ;))… Relaks, zapomnienie, wolność... Przydał się nam ten odpoczynek, gdyż już za chwileczkę, już za momencik…. NOVY SVET zacznie się kręcić ;)! Powstaliśmy z miejsc, podszedłem pod samą scenę, to jedna z chwil, na którą czekałem wiele lat, ciarki na krzyżu, drżenie serca, emocje silniejsze niż wielkie zmęczenie, które dawało się we znaki. Juergen na scenie popijający piwo, palący papierosa, śpiewający jakby od niechcenia, po każdym utworze rozmawiający ze swoją partnerką obsługującą elektronikę. Wiem, że chaotycznie piszę, ale cały koncert NOVEGO SVETU zlewa mi się w jedno. Improwizacja, głębia, neo cabaret, kwaśny jazz, alkoholowy folk. Ani się obejrzałem, a już wszystko się skończyło. Nie dowierzałem. Publiczność głośno wyrażała swą dezaprobatę, jednak Juergen nic sobie z tego nie robił i z uśmiechem reagował na pełne pretensji i wyrzutów słowa fanów. Cóż mogę powiedzieć… 30 minut to zdecydowanie za mało. Jednak koncert był tak esencjonalny, że mimo wszystko poczułem się usatysfakcjonowany. Tak zakończył się pierwszy dzień festiwalu. Nieludzko zmęczeni wybraliśmy się pustymi ulicami zimowego Lipska na godzinny spacer do naszego hostelu. Padliśmy na łóżka bez życia.

Rano musieliśmy wcześnie wstać by nie tracić dnia i po śniadaniu wyruszyliśmy na miasto (moje nogi nienawidzą moich "lipskich" butów ;)). Co się działo przed drugim dniem festiwalu, niech pozostanie naszą słodką tajemnicą, powiem tylko, że w pewnym parku podtrzymywaliśmy nasze rodzime tradycje;)). Zameldowaliśmy się w UT Connewitz tak samo wcześnie jak dnia poprzedniego, zajęliśmy też te same miejsca i z nieukrywaną przyjemnością popatrzeliśmy sobie na próbę O PARADIS.

Jako pierwszy wystąpił włoski band 1997 EV. Znów inny klimat na żywo, niż na płycie (podobnie jak w przypadku ERIKA URSICHA). Skupmy się jednak na klimacie "live", o płycie innym razem. Zatem… trans…. Nowoczesne, kosmiczne, krautrockowe mantry, mocno wciągające, hipnotyczne. Futurystyczny ambient, stoner folk. Wszystko w jednym. Bardzo ciekawe i świeże brzmienie. Naprawdę godny uwagi show. Kolejny artysta już czekał na swoją kolej. THOMAS NOLA ET SON ORCHESTRE. Znałem jedynie dwa utwory z myspace, które dosłownie powaliły mnie na ziemię. Już w pierwszy dzień festiwalu zaopatrzyłem się w ich płytę "So Long, Lale Andersen" i nie żałuję wydanych pieniędzy! Na scenie pojawił się tylko lider grupy ubrany w garnitur. W rękach trzymał pacynkę chłopca, którego powiesił na szubienicy, czyli na latarni, która stanowiła element scenografii. Później zasiadł do pianina i zaczął wygrywać swe wodewilowe piosenki, podszyte nutą kabaretowej ironii i przetrawionego alkoholu. Muzyce towarzyszyły adekwatne wizualizacjie, czyli ostre poronosy z epoki i zabawne erotyczne filmy rysunkowe z początków wieku. Całokształt show sprawiał fenomenalne wrażenie. Otoczenie, wystrój klubu, publiczność, dźwięki i obrazy przeniosły nas do przedwojennej knajpy, gdzie wyuzdana klientela opowiada bardzo pikantne historie i bawi się w najlepsze przy orkiestrze grającej na rozstrojonych instrumentach. W końcu nadszedł TEN właśnie moment. Moment z moich wyobrażeń i sennych imaginacji. O PARADIS na żywo. Cóż tu dużo mówić… wzruszenie, szczęście, radość podczas słuchania głosu Demiana. Kilka nowych, świetnych kompozycji, część z podwójnego albumu "Las Nubes quo Mueren" tytułowy z "Serpiente de Luna, Serpiente de Sol". Cudowny występ pozwalający zapomnieć o tym, co smutne i bolesne. Mnie osobiście pozostał mały niedosyt, gdyż nie usłyszałem kilku ukochanych utworów. Ale nie można przecież mieć wszystkiego… Chwila wytchnienia i kolejna zapierająca dech w piersiach nazwa: MUSHROOM'S PATIENCE. Raffale Cerroni wystąpił na scenie w duecie z Juergenem Weberem z NOVEGO SVETU i dał popis klasycznej psychodelicznej industrii. Warto zwrócić uwagę, że kawałki na żywo prezentowały się znacznie przystępniej i bardziej melodyjnie niż na materiałach studyjnych. W jednym z utworów gościnnie zaśpiewał główny bohater wieczoru, czyli Tairy z AIT! Mała przerwa i….. Panie, Panowie! Maestro of bizzarismo wchodzi na scenę. AIT! Skórzane, obcisłe spodnie, czarna marynarka, z pod której wystają imponujące tatuaże. W dłoni sznurek z lustrzaną kuleczką. Tuż obok kobiecy manekin. Perwersyjny amok i trans. Klimat czarnego lounge unosi się dookoła. Tairy zagrał utwory głównie z najnowszego albumu "Romanticismo Oltranzista", który ma się ukazać niebawem oraz swój klasyczny majstersztyk, czyli "Donna" z siedmiocalówki dzielonej z NOVYM SVETEM. W trakcie koncertu mistrz ceremonii zdejmuje marynarkę i zakłada epokowy szlafrok. Wygląda wprost niemożliwie. Nowe kawałki hipnotyzują swoim nastrojem, przenoszą nas do wesołego miasteczka, gabinetów krzywych zwierciadeł i pobliskich toalet, gdzie treserki lwów uprawiają seks oralny z co bardziej napalonymi i przystojniejszymi klientami cyrku. Wyjątkowy, niepowtarzalny koncert, dla mnie tym bardziej, że złapałem wspomnianą wcześniej kulkę, którą Tairy rzucił w publiczność.

Koniec. Opuszczamy sale, wracamy po nasze bagaże, idziemy na dworzec i czekamy na pociąg, który zabierze nas do domu. Podróż minęła nam szybko i bez kłopotów, choć ostrzegamy, że kupienie biletu w Lipsku (i pewnie w innych niemieckich miastach również) w godzinach nocnych jest niemożliwe, po prostu wszystkie kasy są zamknięte. Co pozostało? Piękne wspomnienia, niezatarte wrażenia, świadomość przeżycia kilku z najpiękniejszych chwil w życiu. Wiem, że będzie to bardzo banalne, co teraz napiszę, ale… marzenia i sny się spełniają… wystarczy tylko w nie wierzyć. Po powrocie z Punch Festival jestem szczęśliwszym człowiekiem. Jestem przekonany, że nie tylko ja…


Tomasz Borowski