![wif2006[1].gif - 30460 Bytes](../images/recenzje_covers/big/wif2006[1].gif)
Festiwale mają to do siebie, że poprzez kumulację wydarzeń mających miejsce podczas ich trwania, nie możliwe jest zobaczenie wszystkiego. Wymagałoby to umiejętności bilokacji lub (i) znacznej wytrzymałości fizycznej. Liczę więc na wyrozumiałość Czytelnika, który wybaczy mi kilka luk w opisywanym poniżej wydarzeniu.

Oficjalne otwarcie V. INDUSTRIAL FESTIVAL miało miejsce 7 listopada w Domu Edyty Stein, choć już dzień wcześniej na ul. Świdnickiej przechodnie mogli oglądać wystawę prac Arka Bagińskiego. Jego sztuka jest raczej znana, Arek poza tworzeniem obrazów zajmuje się również video-art'em, oprawą wizualną koncertów JOB KARMY (to właśnie on, wraz Maćkiem Frettem z wyżej wymienionej formacji, jest organizatorem festiwalu). Kto jednak dalej nie kojarzy twórczości Bagińskiemu, temu radzę poszukać jej w internecie lub przy okazji wydarzeń organizowanych przez stowarzyszenie Industrial Art. Od siebie jedynie powiem, że gigerowska estetyka mi nie leży, toteż odpuszczę sobie recenzowanie prac Arka. Wracając do otwarcia festiwalu: właśnie tu zaczyna się jedna z zapowiedzianych we wstępie luk. Nie byłem na niej, ale napiszę co miało miejsce. Oficjalne otwarcie połączone z bankietem (według obecnych wiktuały zasługiwały na uznanie, podobnie jak wino, które, jak w podobnych przypadkach, szybko uległo wyczerpaniu). Można było obejrzeć wystawę fotografii i instalacje. Znajomy polecił mi twórczość Jordana Kłoskowskiego, autora funkcjonalnych rzeźb-instalacji, służących m.in. czyszczeniu sumienia. Na zakończenie wieczoru zagrał zespół MOAN.
Kolejny dzień festiwalu to wystawa prac Kaina Maya - artysty, który swe malarskie i graficzne twory publikował m.in. w Non Stop, Sztandarze Młodych, Mać Pariadce. Oprócz ilustrowania magazynów, przygotowywał też okładki wydawnictw muzycznych. Jego obrazy zdobią m.in. klub anarchistyczny na poznańskim skłocie Rozbrat, przedstawiają bóstwa mitologii rewolucyjnej: Bakunin, Kropotkin, Goldman, Machno. Na wystawie zorganizowanej w ramach Industrial Festivalu, zaprezentował pracę, w których więcej było wyobraźni-wizji i inspiracji literaturą, aniżeli historią. Generalnie mamy do czynienia z kiczem (celowym, co zawsze będzie lepszą opcją od kiczu nieuświadomionego) romansującym z surrealizmem. To samo cechuje jego poezję, choć więcej tu akcentów geriatryczno-fekalnych, które mają uwypuklać problemy społeczne w naszym kraju. Odczyt wierszy urozmaicony został krótką historią czarnoskórych skinheadów z Jamajki. Kameralne dość spotkanie szybko się skończyło, nie dając szans na zapowiadane party. Cóż... środek tygodnia.
Czwartek jest kolejną luką w tym sprawozdaniu. Miał wtedy miejsce wykład Rafała "Glaukosa" Kochana "Geneza oraz rozwój muzyki (kultury) industrialnej". Frekwencja ucieszyła organizatorów, okazało się, że tematem tym interesuje się młodzież, która tłumnie przybyła do Galerii Entropia. Z posiadanych przeze mnie informacji wynika, iż historyczna wizja Kochana jest różna od wizji znajomych, ponoć został w niej zaakcentowany noise'owy aspekt industrialu, a zmarginalizowany ten rytualny. Niemniej jednak wykład zebrał pozytywne recenzje, choć największe zainteresowanie wzbudzała postać Kochana, zakulisowo zwanego Generałem, z racji kierowniczej (acz nie tak wysokiej) funkcji jaką pełni w Wojsku Polskim. Jego encyklopedia industrialu przechodzi powoli do legendy. Znajomy, który widział jej fragmenty, stwierdził iż zdradza ona wielką wiedzę i erudycję autora, jednakże prawdopodobnie nigdy nie ujrzy światła dziennego. Dla zainteresowanych: parę tekstów Kochana znajdziecie w internecie.
Właściwie piąta edycja festiwalu industrialnego zaczęła się 10 listopada w piątek. Do tej pory trwały imprezy towarzyszące, mniejsze rangą, aczkolwiek jak najbardziej godne uwagi. Najważniejsza jest jednak muzyka. Wieczorem, w Sali Gotyckiej przy ul. Purkyniego, pojawiło się około 300 osób, aby posłuchać muzyki, obejrzeć video-art, film z muzyką graną na żywo. A także dlatego, aby się spotkać, pogadać, zakupić płytę. Tu drobna dygresja: w kramikach dystrybutorów można było zauważyć dominację muzyki martial'owej obok klasyków, którzy znaleźli się w mniejszości (COIL, NON). Występy zaczęły się od performance'u "Zone", zaprezentowanego przez dwójkę Francuzów i Polkę. Muzyka, dźwięki, recytacja były dopełnieniem obrazów, które pojawiały się na ekranie. Tematem występu tria była refleksja nad kondycją człowieka w świecie zdominowanym przez technologię, jej wpływ na jakość relacji międzyludzkich. Trudno mi sobie z perspektywy czasu przypomnieć jakieś główne motywy obrazów i dźwięków, za to doskonale wbił mi się w pamięć pewien żart. Aby go zrozumieć, należy uzmysłowić sobie jego kontekst. Na scenie przy laptopach siedzą 3 osoby, w skupieniu patrzące na monitory, a za nimi stoi ekran, na którym wizualizują się efekty ich pracy. Nagle wszystko siada, pojawia się znany użytkownikom Windowsa pulpit, dźwięczy znany (i jakże nielubiany) dźwięk ostrzeżenia i pojawia się komunikat o awarii. Próba jego usunięcia, kończy się wyskoczeniem następnego i jeszcze następnego. Chichot przemierzył salę. Nagle zawieszony już system dostaje tripa, pulpit zaczyna zmieniać kształty i kolory, dźwięk awaryjny zmienia swe brzmienie i wszystko kończy się chaosem. Następnie na scenie zainstalowała się JOB KARMA, która zagrała koncert z wizualizacjami. Elektroniczne brzmienia wypełniły salę, zalewając ją falami dźwięków i zlewając się z obrazem. Niestety, miałem okazję już widzieć ten zespół i nic, ani nikt nie jest mnie w stanie przekonać, abym słuchał go na koncercie. Bardzo lubię włączyć sobie JOB KARMĘ w domu, kiedy jestem sam i w spokoju kontemplować dźwięki. Od koncertu wymagam jednak większej dawki energii, sama atmosfera ją wymusza: tłum ludzi, rozmawiających, śmiejących się i popijających trunki. Tu nic nie pomogą dodatkowe bodźce w postaci obrazu. Choć jest to jeden z moich ulubionych projektów ambientowo-około-industrialnych, to muszę odbierać jego muzykę sam na sam. Podobnie rzecz się miała z gwiazdą wieczoru IN THE NURSERY, która grała na żywo do filmu Teinosuke Kinugasa "A Page of Madness" z 1927 roku. Ich spokojne granie również bardziej sprzyja samotnej medytacji, choćby i z filmem, aniżeli zbiorowemu odbiorowi. W efekcie miałem problem i z percepcją obrazu (do dzisiaj nie wiem o czym był ten film i czy w ogóle był o czymś), i muzyki. Co chwilę ktoś przechodził, trącał, robił zdjęcia. Cóż, może po prostu źle stanąłem. Jedno jest pewne: ci, którzy nie mają problemów z publicznymi wystąpieniami takich zespołów, na pewno się nie zawiedli. Zarówno JOB KARMIE, jak i IN THE NURSERY można zaufać, jeśli chodzi o poziom gry i sprawność techniczną. Dwa poziomy niżej wystąpił C.H. DISTRICT i planowo miał zagrać IDIOT SAINT CRAZY, ale tego już nie sprawdziłem, chcąc się wyspać przed następnym, na pewno najdłuższym dniem festiwalu.
11 listopada, jak co roku, Wrocław obchodził dzień niepodległości. Kilkunastu neopogan przyozdobionych runami odśpiewało w Rynku "Rotę" zmieniając słowo Bóg na Swaróg, po czym rozeszli się. Niedługo potem babcie mknące pomodlić się do Dominikanów za ojczyznę, minęły przestraszone dwójkę ludzi, którzy zmierzali w stronę nieodległej Sali Gotyckiej. Wyglądali jak wermachtowcy. Drugi dzień festiwalu był zdominowany przez klimaty neofolkowe, chociaż zaczęło się od grupy EINLEITUNGSZEIT, która zafundowała publiczności piekło. Grali głośno, hałaśliwie, budując na scenie pulsującą ścianę dźwięku. Słychać było drgające szyby w oknach, a drzwi do toalety drgały. Ktoś na scenie iskrzył, tnąc się fleksą, na ekranie rytualne zabawy z ogniem i stalą. EINLEITUNGSZEIT zrobił duże wrażenie, zaczynając z grubej rury. Następnie salę wypełniły delikatne dźwięki i wokal CLAUSTRUM, którego muzyka przyozdobiona była bardzo ładnymi zdjęciami i filmami w czerni i bieli. Po tych dwóch występach na scenie pojawili się Węgrzy ze SCIVIAS i szczerze mówiąc, dzisiaj po miesiącu od tego koncertu, niezbyt pamiętam, co grali, tym bardziej, że słyszałem ich po raz pierwszy. Sądzę, że jakiś neofolk, bo to pierwszy zespół, który w jakiś sposób nawiązał do tego gatunki, który miał już królować do końca wieczoru. Kolejny występ to ARANOS: mieszkający w Szkocji Czech, grający na skrzypcach. Człowiek starszy, lubiący na scenie poskakać, porobić "gwiazdy", powygłupiać się. Ceni absurd i czeskie poczucie humoru, trochę angielskie i surrealizm. Sympatyczny dziadek. Jednak należał do postaci kontrowersyjnych, gdyż ujmował miłą powierzchownością, ale ze sceny zejść nie chciał, nawet gdy zaczął okrutnie nudzić, a czekające na występ zespoły coraz bardziej męczyły się alkoholem i trawką. Gdy skończył odetchnąłem z ulgą. Zainstalowało się HEKATE. Nie wiem czemu wielu moim znajomym nie przypadł do gustu ten teutoński folk (mącony jakimś disko-dźwiękiem nie wiadomo po co) z kadzidłami (pewnie dla Wotana). Było magicznie, energetycznie i po niemiecku. Widać było, że granie sprawia muzyką radość: z uśmiechem walili w bębny i śpiewali. Jako ostatni zagrał GAË BOLG - zespół inspirujący się średniowieczną ludową kulturą francuską, pieśniami bardów i rycerzy. Ponadto charakteryzujący się przebojowością, świetnym kontaktem z publiką i dużym poczuciem humoru. Sekta katarów spotyka Monty Pythona. Dla mnie najlepszy zespół całego festiwalu, choć grał bez jednego gitarzysty, który upił się i przepadł. Od razu ostrzegam: to, co zespół prezentuje na płytach, to 25% energii koncertowej. Występ skończył się około czwartej nad ranem, byłem wycieńczony i nie ryzykowałem pozostawania pod opieką didżeja Wiktora Skoka, który przygrywał w festiwalowym klubie, gdzie wystąpić miał SYNTA[XE]RROR. I pewnie wystąpił.
W ostatni dzień poddałem się. Dym, stroboskop, łupanka to nie to, co można znieść po dwóch dniach intensywnych koncertów. Tyle zapamiętałem, gdyż dużo się spóźniłem i nie załapałem na COLD FUSION / RUKKANOR. Resztę zespołów sobie odpuściłem, nie widząc w EBM nic godnego uwagi. Znalazł się więc czas na pogaduchy ze znajomymi i w ogóle na towarzystwo. Ostatni dzień skończył się o piątej rano.
Patrząc wstecz muszę powiedzieć, że cały tegoroczny festiwal pozytywnie mnie zaskoczył. Po pierwsze ze względu na swoją różnorodność. Panował nie tylko pluralizm gatunków muzyki postindustrialnej, ale i mnogość wydarzeń towarzyszącej: wykład, wystawy, instalacje, imprezy. Po drugie organizatorzy spisali się na medal: pracy mieli ogromnie dużo, a rąk do niej mało, co nie zakłóciło w żaden sposób festiwalu. Po trzecie każda okazja, aby spotkać znajomych z innych stron świata, widzianych sporadycznie, jest jak najbardziej pozytywna. Minusami mogą być kondycja i niemożność wspomnianej na początku bilokacji (co umożliwiłoby zobaczenie dwóch rzeczy w tym samym czasie), ale to już nie zależy ani od organizatorów, ani od publiki, która dopisała i sądząc po opiniach, bardzo dobrze się bawiła.
Adam (Hans) Moryc
Wszelkie informacje:
www.industrialart.eu/festival
www.industrialart.eu
