V/A "A sound guide to Warsaw"
CD '2011 [64:56]
SQRT
Bardzo lubię Grzesiuka, mam więc nadzieję, że się Warszawiakom nie narażę swoją opowieścią. Całkiem niedawno wylądowałem na dworcu Warszawa Wschodnia, która wraz z okolicami (pobliskim dworcem autobusowym itd) przyniosła mi skojarzenia z Ugandą czy jakimś innym małym afrykańskim kraikiem żyjącym z kopalni diamentów. Do tej Warszawy jaką zapamiętałem, bardziej pasował by miejski folk o zabójstwach w afekcie, coś w stylu Stagger Lee albo rap o Ruskich nielegalnie handlujących organami do transplantacji. Inicjator projektu "A sound guide to Warsaw" miał jednak inne skojarzenia.
Zainspirowało go zapewne to, że cała Warszawa wygląda teraz jak wielki plac budowy - stąd u pomysłodawcy pewnie idea szukająca stycznych z eksperymentalną sceną wiecznie przebudowywanego, industrialnego Berlina. Każdy artysta, w duchu field recordingu zbierając dźwięki mikrofonem wielkości mudźińskiego fiuta, miał szansę poczuć się jak nie lada Asmus Tietchens czy inszy Stockhausen.
Nie śledzę zbyt uważnie polskiej sceny elektronicznej. Mimo to na płycie znalazłem kilka znajomych mi postaci - Bionulor, Arszyn, Krzysztof Orluk - ale też nazwiska i nazwy nie mówiące mi kompletnie nic (bądź znane tylko z ubiegłorocznej składanki chopinowskiej). Okazało się jednak, że wszyscy artyści zaprezentowali podobny poziom. Nie wiem, czy to zasługa postprodukcji, czy po prostu tak wyszło, ale składak prezentuje się bardzo spójnie. Być może na pewnym poziomie jest to sukces realizacyjny, ale według mnie to nie do końca dobrze, bo oceniając go na innych poziomach muszę zaznaczyć, że to album dość monotonny, zdecydowanie za długi i schematyczny.
Nie oznacza to, że nie ma tu rzeczy wybijających się z tłumu, bo znalazły się pojedyncze utwory, które mnie zaintrygowały bardziej - na przykład wydobywający ze Starej Ochoty wręcz morski dron Kim_Nasung, znakomity, niepokojący Krzysztof Orluk czy, z sympatii słuchany poza kolejką, Bionulor. Są tu też jednak rzeczy całkowicie nietrafione, jak kończący płytę tani, infantylny glitch z paplaniną o Szpilmanie w tle czy - nie odpowiadający mi raczej już ze względu na moje preferencje muzyczne - mający zaraz odlecieć na Marsa Xlorite i Asdf.
Ostatecznie frapuje mnie jednak zbieżność tego, co artyści zrobili z materiałem wyjściowym, bo wskazuje w jakimś sensie na wyczerpanie formuły tego typu eksperymentów - a ja nie do końca wierzę, żeby się ona wyczerpała i nie wydaje mi się, by to w jakiś sposób mogło świadczyć o kondycji współczesnej awangardowej sceny elektronicznej. Ponadto, ja - człowiek nie związany ze Stolicą - nie wiążę tych utworów z miejscami i odbieram je autonomicznie, jako utwory elektroakustyczne, ambienty itd. Na tym poziomie jest to wielka porażka twórców. Nie czuję tu konceptualności, którą sobie po tym składaku obiecywałem. Wydaje mi się też, że trudno szukać tu obrazu i tożsamości Warszawy. To rzecz zbyt uniwersalna, mogąca być równie dobrze każdym innym miastem. Niekoniecznie nawet europejskim. A na dobrą sprawę niekoniecznie miastem...
Krzysztof Ryszard Wojciechowski
www.sqrt-label.org
