
W tym roku przez długi czas potwierdzona lista wykonawców mających pojawić się w Lipsku nie przekonywała nas do wyjazdu na festiwal. W zestawieniu figurowały głównie kapele gotyckie oraz kilka metalowych, więc podróż 500 km w jedną stronę, aby zobaczyć LEGENDARY PINK DOTS i kilka innych, już mniej interesujących nas projektów, wydawała nam się mocno bezsensowną. Dodatkowo w pewnym momencie usłyszeliśmy wiadomość, iż ze względu na jubileuszową edycję imprezy (XV) organizatorzy skupią się w dużej mierze na eksponowaniu stylu gotyckiego oraz elektro. Jakież było zatem nasze zdziwienie, gdy na kilka tygodni przed rozpoczęciem się tego niewątpliwego święta fanów muzyki mrocznej potwierdzono występy SPIRITUAL FRONT, ORDO ROSARIUS EQUILIBRIO i NEUTRAL oraz noc projektów sygnowanych, bądź dystrybuowanych przez niemieckie TESCO. Decyzja o wyjeździe trwała trochę krócej niż chwilę, widzieliśmy oczywiście wszystko, co sobie zaplanowaliśmy, no ale po kolei. Akurat tak się świetnie złożyło, iż kapele, które chcieliśmy zobaczyć występowały w sobotę i niedzielę, a my niestety w tym roku byliśmy mocno ograniczeni czasem i mogliśmy sobie pozwolić jedynie na dwa dni rozpusty. Oba wieczory i noce spędziliśmy w ANKER - miejscu, które dopiero w zeszłym roku trafiło na listę lokalizacji koncertowych (w 2005 grał tam m.in. SOL INVICTUS oraz AIN SOPH).
(Sobota 03.06.06)
Wieczór ten rozpoczął zespół SON VER. Duet znany raczej nieznacznej części publiczności. W składzie gitara akustyczna oraz niesamowicie wyglądająca wiolonczela elektryczna. Muzyka raczej spokojna, czasem ponura. Kilka chwytliwych melodii, ale również kilka fałszywych nut i przesterów. Widać było wyraźnie, iż dwójka muzyków na scenie, a w szczególności wiolonczelistka, była dość spięta. Niemniej jednak było w tych utworach coś, co nie pozwoliło odejść spod sceny. Było widać przede wszystkim pasję i oddanie muzyków, którzy co pewien czas zerkali na siebie i uśmiechali się do siebie porozumiewawczo. Za nimi na ekranie dla kontrastu, a może i podtrzymania klimatu, wyświetlano stare filmy ukazujące katastrofy lotnicze.
Po nich na scenę wmaszerował PARZIVAL. Mimo, iż ostatnio widzieliśmy ich tutaj w roku 2003, skojarzenia z LAIBACH podczas występu były ponownie dość jednoznaczne. Artyści zarówno muzycznie, jak i wizualnie przypominali dokonania sławnych Słoweńców. Chociaż należy zaznaczyć, iż w nakryciu głowy frontman PARZIVAL przebił jednak wokalistę LAIBACH zakładając coś na kształt hełmu, jaki nosił Hegemon i jego przygłupawy Kapral z Kajko i Kokosza. Kończąc z porównaniami: muzyka była w niektórych miejscach niezwykle pompatyczna, w innych zaś mocno bitowa. Werdykt dotyczący kondycji PARZIVAL wydała sama publiczność, która po około godzinnym secie gromkimi brawami nagrodziła wszystkich członków zespołu.
NEUTRAL zapowiadany był w Lipsku już kilka lat temu (z tego co pamiętam w roku 2002). Pojawił się wówczas w oficjalnym programie i miał grać tego samego wieczoru co ROMOWE RIKOITO. Niestety Rosjanie za późno zabrali się za organizację wyjazdu
i nie dostali na czas wiz upoważniających ich do wyjazdu na teren Niemiec. Nie wiadomo jak sprawy potoczyły się tym razem ponieważ w tym roku na scenie pojawiło się jedynie dwóch muzyków tego projektu. Ash - lider zespołu, odpowiedzialny za wokale i gitarę oraz skrzypek. Mimo tak odchudzonego składu NEUTRAL dał wyśmienity koncert. Utwory zagrane były niezwykle żywiołowo i ekspresyjnie. Począwszy od pierwszego, który dedykowany był ofiarom stalinowskich represji, po te bardziej romantyczne, klasyki neofolkowe. Nie zabrakło też krwi. Tej prawdziwej, która ciekła z palców poprzecieranych przez struny. Gitarę i wokal świetnie uzupełniały skrzypce i tu słychać było wyraźnie, iż nie mamy do czynienia z byle jakim grajkiem. Po każdym utworze słychać było głośny aplauz publiczności, co z pewnością należy uznać za sukces zespołu pamiętając, iż większość ze zgromadzonych tego wieczoru w Anker słuchaczy stanowili wytrawni fani nurtu spod znaku neofolk. I tylko pewnie sam zespół może mieć do siebie pretensje, iż nie zdołali dotrzeć do Niemiec trochę wcześniej. Być może już wtedy zainteresowałaby się nimi niemiecka Eis und Licht (kolejny album ukaże się właśnie w tej wytwórni), a może ktoś jeszcze większy...
Występ następnych artystów przed dwoma laty sprawił, iż mimo naszego kompletnego braku zainteresowania boksem, po przyjeździe do Polski z wielkim zainteresowaniem obejrzeliśmy "Wściekłego Byka" w reżyserii Martina Scorsese z Robertem De Niro w roli głównej. Ten sam film wyświetlany był również w tym roku i trzeba przyznać, iż ponownie rewelacyjnie pasował on do muzyki Włochów ze SPIRITUAL FRONT. Pierwsze sceny filmu puszczono jeszcze w momencie, gdy na deskach Anker nie było muzyków.
A początkowe klatki to cisza przed burzą, a więc rozgrzewka Jacka La Motty na ringu puszczona w zwolnionym tempie. Rewelacyjny zabieg. Wielkie wyczekiwanie nagrodzone po chwili wkroczeniem na scenę klawiszowca oraz Simone Salvatori. Podparty na laseczce, przy dźwiękach samych klawiszów, w stylowej pozie i klasycznym stylu wyśpiewał "I walk the (Dead)line". Po tym kawałku nie mieliśmy wątpliwości, ze najnowsza płyta "Armageddon Gigolo" będzie sukcesem. Teraz pozostało nam oczekiwanie na pozostałych dwóch muzyków. I jest już komplet: wszyscy czterej w garniturach. Mniej więcej takich jakie nosiło się w latach czterdziestych, kiedy to La Motta święcił tryumfy i miażdżył wszystkich swoich rywali. Wszyscy niezwykle poważni i spokojni, ale do czasu. Do momentu, w którym zaczęli grać i wręcz razić energią. Ku uciesze licznie zgromadzonych fanów zagrali wszystkie swoje przebojowe piosenki (nie bójmy się użyć takiego określenia). Większość z nich, jak choćby "Song for the old man" czy zupełnie świeżutkie "Bastard Angel" oraz "Jesus died in Las Vegas" z niesamowitym kopem i wymiotem. Kolejny utwór w okrojonym składzie: "Autopsy of love". Zaśpiewane przez Simone jedynie z akompaniamentem pianina. Prawdziwa perełka wieczoru. Wzbudzająca niezwykłe emocje i powodująca ciarki na plecach. Publiczność stała zauroczona. I to nie tylko podczas tych dwóch "akustycznych" utworów. Podobać mogły się wszystkie, a cały koncert był to jeden wielki knock out, którego La Motta mógłby jedynie pozazdrościć.
Podczas przerwy i dyskusji na temat kolejnego artysty usłyszałem, że scena niemiecka podzielona jest na tych co wielbią ORDO ROSARIUS EQUILIBRIO oraz na te osoby, które nie darzą ich zbyt wielkim szacunkiem (mówiąc w sposób niezwykle dyplomatyczny). Mimo, iż zaliczamy się raczej do tej grupy osób,
która ceni sobie twórczość ORE tego wieczoru nikt i nic nie było niestety w stanie przebić mafia-folkowców z Duchowego Frontu (taką nazwę zespołu widzieliśmy gdzieś w necie na naszych rodzimych stronach). Chyba lepiej było odwrócić kolejność gry zespołów, ale to już zmartwienie organizatorów i raczej nauczka na kolejne edycje festiwalu. Szwedzi zagrali koncert w klimacie, do którego zwykliśmy się już przyzwyczaić. Na scenie obok Thomasa pojawili się jeszcze Frederik z NO FESTIVAL OF LIGHT, który odpowiedzialny był za perkusję oraz Jouni z IN SLAUGHTER NATIVES obsługujący klawisze. Z tyłu, na tle ekranu, pląsała jeszcze pewna blondynka, która w dość zmysłowy sposób zdejmowała z siebie kolejne części swojej garderoby. Nie było tu mowy o żadnej goliźnie, była jednak charakterystyczna dla ORE nutka perwersji. Muzycznie zespół zaproponował w dużej mierze kawałki ze splitu nagranego wspólnie ze SPIRITUAL FRONT oraz namiastkę tego, co ma się pojawić na nowej płycie (m.in. "Who stole the Sun"). Było również kilka starszych utworów, w tym grany dość często na koncertach "Harvesting the crop. The chaste verdict of negligence" z płyty "Make love, and war. The Wedlock of Equilibrium". I wiele pewnie można by jeszcze dobrego napisać o tym koncercie, ale według nas zabrakło w nim iskry. Tego czegoś co sprawia, że koncert pamięta się przez lata. Thomas i spółka to starzy wyjadacze. Od nich, mówiąc szczerze, oczekiwaliśmy czegoś ponad przeciętną.
(Niedziela, 04.06.06)
Patronem drugiego dnia było również TESCO, niemniej jednak proponowana tego wieczoru muzyka w znacznej części różniła się od tej jaka grana była dzień wcześniej. Było mroczniej, głośniej i bardziej zgrzytliwie. Tym razem TESCO wytoczyło swoje najcięższe działa, a jak wszyscy wiedzą zespoły skupione przy tej wytwórni do grających spokojną muzę raczej się nie zaliczają. Pierwszym z nich był APOPTOSE, który rozpoczął swój występ z dość znacznym opóźnieniem. I bynajmniej nie było ono związane z jakimikolwiek utrudnieniami technicznymi (znamy wszak niemiecką punktualność i porządek). Muzycy APOPTOSE cierpliwie czekali na ludzi, którzy dotrzeć mieli z koncertu ORPLID (zlokalizowanego w innej części miasta). W wielu przypadkach zdarza się bowiem tak, że koncerty z interesującymi nas projektami nakładają się na siebie albo poprzez znaczne odległości pomiędzy poszczególnymi scenami nie można na nie zdążyć. My o całej akcji dowiedzieliśmy się niestety za późno i na wcześniejszy koncert nie dotarliśmy. Mogliśmy natomiast zaznajomić się w spokoju z proponowanymi na stoisku TESCO płytami. Co więcej nabyliśmy nawet limitowaną epkę NOVY SVET "A mort", która sprzedawana była podczas tej nocy. Na ekranie przez cały ten czas wyświetlane było logo APOPTOSE z rozpoznawalnymi dla niego fazami księżyca wokół. W końcu, ku uciesze licznie zgromadzonej już grupy widzów, na scenie pojawiło się dwóch muzyków projektu. Pierwszy zagrany utwór nie do końca współgrał z konceptem całego koncertu. W podkładzie dużo było szumu, natomiast na pierwszym planie słychać było zapętloną melodię i kobiecy głos. Gdy nastała cisza, na znak jednego z artystów na deski wmaszerowało kilkunastu bębniarzy z werblami i większymi bębnami przewieszonymi z boku. Od tego właśnie momentu rozpoczął się prawdziwy rytuał. Dla osób, które nie znają płyty "Blutopfer" krótkie wprowadzenie. Inspiracją do płyty jest procesja odbywająca się co roku w okolicach Świąt Wielkiej Nocy w małej hiszpańskiej wiosce Calanda.
Jej uczestnicy w liczbie około trzech tysięcy, ubrani w jednolite fioletowe stroje, przez 36 godzin (z małymi przerwami na kilka specjalnych procesji) wybijają rytmy grane w tamtych okolicach od dziewięciu wieków. Początek procesji to wielki huk bębnów przeszywający powietrze cichej do tej pory wioski. Po kilku chwilach wykształcają się jednak konkretne rytmy, które sprawiają, że wszystko wokół trzęsie się i pulsuje. Wielu bębniarzy podczas gry wpada w trans, a krew z ich popękanych odcisków spływa po rękach i pałkach na bębny. Wróćmy jednak do Anker. Mimo, iż koncert trwał jedynie godzinę, na miejscu mieliśmy namiastkę tego, co dzieje się podczas Święta. Cała grupa w niezwykłym skupieniu grała na swych instrumentach. Zdarzało się, że wszyscy wybijali ten sam rytm, innym razem solista podawał konkretną sekwencję, a po chwili naśladowała go reszta. Na znak jednego z muzyków APOPTOSE zgodnie kończyli bębnić dany motyw (bo trudno to nazwać utworem), aby za chwil kilka ponownie zacząć wygrywanie transowych rytmów. W pewnym momencie zajmujący się głównie mieszaniem przy komputerach i syntezatorach artyści aktywowali doczepione do swych nadgarstków mikrofony i chwycili w dłoń plastikowe rury (takie jakimi czasem bawią się dzieci). Kręcili tak nimi dobre kilka minut, a świst rozkręconych "instrumentów" kołował nad publicznością i potęgował trans. Stan, w którym publiczność pozostała do końca koncertu. Do momentu, gdy wszyscy zeszli ze sceny, a na ekranie zgasło logo APOPTOSE.
Mała zmiana aranżacji i za stołem suto zastawionym urządzeniami elektrycznymi pojawili się Dave Uden i Steve Cammack, czyli tandem tworzący pod nazwą DIETER MÜH. Muzyka prezentowana przez obu panów była równie psychodeliczna i mało przystępna jak film wyświetlany za nimi na projektorze. Trudno właściwie powiedzieć co to było. Najprawdopodobniej jednak mieliśmy przyjemność oglądać instruktaż dotyczący terapii osób głuchoniemych cierpiących na schizofrenię. Ze szczegółowymi opisami poszczególnych faz leczenia, osób zaangażowanych w całe przedsięwzięcie, relacjami z zebrań, na których opisuje się postępy prac, spotkaniami z samymi zainteresowanymi (którzy niekoniecznie zgadzali się z opinią swoich opiekunów i wyrażali swój sprzeciw atakami szału, tudzież ucieczką z kliniki pokazaną w dalszej części programu). Na dokładkę, aby program był jeszcze mniej przyswajalny, wszystkie komentarze przedstawiane były w języku migowym, z opisem całości na dole ekranu. Cały przekaz emitowany w dość niekonwencjonalnej formie z ekranu powodował, iż słuchacz / widz skupiony był bardziej na oglądaniu niźli słuchaniu. Muzyka atakowała z drugiego planu, ale być może był to zamierzony zabieg ze strony muzyków. Przestery, trzaski i sample miały już otwartą drogę do umysłów słuchaczy, wcześniej otępionych obrazem. Spektakl był nad wyraz męczący i wykańczający, ale o to chodziło. Ten set będziemy z pewnością jeszcze długo pamiętać, czego pewnie nie można powiedzieć o następnych graczach.
Kolejnym punktem wieczoru był występ LAND:FIRE, którego członkowie mogą być bardziej znani polskiej publiczności ze swojego drugiego projektu - HERBST9. W tym przypadku nie był to tak ciężki i smolisty dark ambient. Muzyka bardziej przypominać mogła dokonania BAD SECTOR, była bogatsza, bardziej techniczna. Dopasowana do wyświetlanych projekcji, które przedstawiały ćwiczenia wojskowe, a może i sceny z frontu. Ostrzeliwujące pozycje wroga działa oraz próby nuklearne od wybuchu i wielkiej czerwonej chmury po konsekwencje rozprzestrzeniającej się fali uderzeniowej. Muzyka i oprawa dość ciekawa, lecz pewnie należy przyznać, iż koncert LAND:FIRE był najsłabszym elementem mrocznej układanki zafundowanej nam tego dnia w Anker. Zabrakło w nim czegoś specjalnego, wyróżniającego zespół od innych.
Z racji braku godnych opisu atrakcji przejdźmy do występu Francuzów z PROPERGOL. Ci kolesie w przeciwieństwie do poprzedników dali radę i wprost zmiażdżyli publikę swoim show. Równa godzina dźwiękowej masakry plus niesamowite filmy zgrane świetnie z muzyką. Z kolumn głównie grzmiał power electronics, choć bywały momenty cichsze, bardziej stonowane. Wówczas docierał do nas ambient, ale nie ten relaksacyjny, był on bardziej złowrogi i mroczny. Przy tej akurat muzyce na ekranie pojawiało się auto, czarno-biały film drogi. Nie bardzo wiadomo dokąd jechało, kto nim kierował. Klimat przypominający w tym fragmencie najbardziej zakręcone filmy Lyncha. Po jakimś czasie w pomieszczeniu pokazywano kobietę, która jakby zdalnie sterowana w pewnych momentach rzucała się na ściany. W momencie zderzenia ofiary z murem do naszych uszu docierał potężny łomot, a wszystko to było na tyle zgrane z obrazem, iż mogło się zdawać, że mamy tu do czynienia z dobrze zorganizowanym playbackiem. Kilkanaście scen, w których przeważały te bardziej brutalne, okraszone oczywiście solidnym PE, skutecznie osłabiło nasze organizmy i sprawiło, iż czuliśmy się niewiele lepiej niż ta pani z ekranu miotana przez nieczyste moce po korytarzu i jego ścianach.
Jedyne ukojenie dla naszych wymęczonych ciał mógł przynieść jedynie koncert grupy NOVY SVET. Ten niestety nas tylko dobił. Podczas tego występu zostaliśmy na koniec wykończeni psychicznie. Cała ekipa totalnie odjechała i dała takiego czadu, że chyba należy im się pierwsze miejsce w tym dwudniowym konkursie. Jurgen oprócz śpiewania, deklamowania i wrzeszczenia dodatkowo oblewał siebie i publiczność piwem, zaplątywał się w mikrofon, wykonywał nie do końca skoordynowane ruchy i wreszcie ciął się za pomocą żyletki.
Na scenie wspierany był przez swoją życiową partnerkę obsługującą adapter i harmonię oraz Tairego z zespołu AIT!, który odpowiedzialny był tego wieczoru za gitarę basową. Wszyscy wyglądali na lekkich świrów, ale kto kiedykolwiek słuchał ich płyt przyzna, że nie jest to do końca normalna muzyka. Cały koncert mi osobiście kojarzył się trochę z występami Rogera Karmanika z BDN. Był ten sam żywioł i podobnie chora atmosfera. Większość tekstów wyśpiewana została po hiszpańsku i trzeba przyznać, że Jurgen przez te kilka lat spędzonych na półwyspie iberyjskim nabawił się niezłego akcentu. Mówił też w jednym utworze po niemiecku, ale wówczas tłumaczył się, że zapomniał tekstu i była to raczej improwizacja i zabawianie publiczności do momentu kiedy przestanie grać muzyka. A tą przeważnie rozkręcała Ulla, zapodając kolejne motywy z płyt winylowych. Od czasu do czasu odchodziła od swojego stołu mikserskiego i tuż przy samym skraju sceny tańczyła przeskakując z jednej nogi na drugą i kołysząc się na wpół zgięta z rękami i głową zwieszonymi w dół. Dzięki umieszczonym na scenie mikrofonom mogliśmy słyszeć stepowanie będące następstwem tego wisielczego tańca. Wisielczy i dekadencki klimat trwał przez cały koncert. Pomimo faktu, iż rozpoczął się on dopiero o pierwszej w nocy, na brak publiczności nie można było narzekać. Wszyscy doskonale reagowali na kolejne utwory i świetnie bawili się przez cały czas trwania tego niezapomnianego show. Nam adrenalina uwolniona podczas tego występu pozwoliła jeszcze tej samej nocy wrócić do kraju. Podczas trasy jeszcze długo dyskutowaliśmy o tym jak świetnym frontmanem okazał się być Jurgen i jak wyśmienicie wypadł cały zespół podczas tej nocy.
Mimo, iż podczas tej edycji festiwalu nie udało nam się zobaczyć takich zespołów jak :OF THE WAND AND THE MOON:, PROTAGONIST, czy KIRLIAN KAMERA (grały w poniedziałek) nie mogliśmy narzekać na brak wrażeń. Wspomnienia i zdjęcia z pewnością pozostaną, a już niedługo na stronie internetowej Wave Gotik Treffen z zapartym tchem wyszukiwać będziemy informacji o potwierdzonych zespołach, które pojawią się w Lipsku w roku 2007.
SS + Izoldak
Więcej informacji o festiwalu:
www.wave-gotik-treffen.de
