
Pewnie gdyby dobrze policzyć, okazałoby się, że na WGT podczas wszystkich piętnastu dotychczasowych edycji zagrało sporo ponad 1000 zespołów. Oczywiście wiele z nich to mniej znane bandy, ale jeżeli wspomnimy Death in June, The Moon Lay Hidden Beneath a Cloud, czy Coil to... Właściwie nic nie trzeba dodawać. Nazwy mówią same za siebie. Szesnasta edycja to kolejne dziesiątki zespołów. I oczywiście kolejne smaczki. No, ale po kolei.
Nasz maraton festiwalowy rozpoczęliśmy dość nieoczekiwanie od wioski pogańskiej mieszczącej się nieopodal pola namiotowego. Z dobrze poinformowanych źródeł dotarło do nas, że na niewielkiej scenie, na której zwykle występują folkowe kapele (nie „neo”, tylko takie rodem ze średniowiecza) zagra Elli Riehl. Występ ten nie był wpisany do programu, jaki każdy z uczestników dostawał przy zakupie biletów, tym bardziej chcieliśmy sprawdzić tą informację i zobaczyć projekt wydany przez Punch Records. Nasz informator okazał się mieć wieści z pierwszej ręki, albowiem z lekkim opóźnieniem na scenie pojawili się panowie z tegoż zespołu. Muzykę trudno właściwie określić jakimkolwiek gatunkiem. Przebrani w łachmany, w kapturach, chustach, albo w masce trolla i całkiem na boso muzycy brzdąkali coś na dziwnych instrumentach. Co prawda była gitara basowa i perkusja, ale nad muzyką górował chrapliwy wokalista wspomagający się raz to dziwnymi grzechotkami, raz ustnymi organkami. Z projektora rzucane były sceny z lasu a’la Blair witch project, które współgrały z tekstami o leśnych dzieciach. Całość dość oryginalna, choć nie powalająca. Dodatkową trudność w odbiorze muzyki stanowił ulewny deszcz, który nie szczęścił słuchaczy stojących przed sceną pod gołym niebem.
Warto wspomnieć, iż tego wieczoru, przy monumentalnej wieży zwanej Volkerschlachtdenkmal, odbył się również wielki performance stworzony przez In The Nursery (my dotarliśmy na miejsce na sam koniec koncertu). Widowisko światło i dźwięk w wykonaniu braci Humberstone bazowało na dziełach Wagnera, Mahlera, Liszta i Griega. Pokaz nie był biletowany i mógł go zobaczyć każdy kto tylko dotarł na miejsce mimo padającego cały czas deszczu. W ten sposób organizatorzy WGT chcieli podziękować wszystkim mieszkańcom Lipska, którzy przez 15 lat istnienia festiwalu byli niezwykle tolerancyjni i przyjaźnie nastawieni do przybywających gości.
Sobotnie spotkania z muzyką rozpoczęliśmy tam gdzie zakończyliśmy jej słuchać w piątek, tyle że tym razem koncert, którego zamierzaliśmy wysłuchać, miał miejsce w samym środku olbrzymiej budowli. W hallu budynku pełnego rzeźb teutońskich, wystąpiły Dame Mediolanensi – żeńska część projektu Camerata Mediolanesi. Przy fortepianie i stojakach z nutami pojawiły się Panie w weneckich maskach i operowych sukniach – kostiumy były doskonałą zapowiedzią tego, co dane nam było usłyszeć. Panie zaprezentowały kilka fragmentów z włoskich utworów operowych, co pozwoliło im w pełni ukazać możliwości wokalne, jakimi dysponują. Na koniec przedstawiły dwa utwory z repertuaru Cameraty, w połowie drugiego musieliśmy już jednak uciekać, by zdążyć na kolejne koncerty.
UT Conewitz (stare kilkudziesięcioletnie kino z odrapanymi tynkami i piszczącymi siedzeniami) jak zwykle urzekło nas swymi wnętrzami. To doskonałe miejsce na tego typu koncerty. W środku półmrok i sporo ludzi. Przy barze znaleźliśmy chłopaków z Coph Nia. Trochę rozmawialiśmy, a gdy na scenie montował się już Massimo Magrini stwierdziliśmy, że warto byłoby usłyszeć 2 utwór z albumu Kosmodrom. Dosłownie po tych słowach, ku naszej wielkiej uciesze, Bad Sector rozpoczął swój set właśnie od Telemetry. Sam artysta prezentował się na scenie nieziemsko. Zza laptopa wyglądała głowa w okularach, do której z obu stron przymocowane były lampki. To one pozwalały na ciemnej scenie zorientować się gdzie, co i jak jest podłączone. Podczas swego występu włoski mistrz ceremonii ujarzmiał muzykę niczym Jean Michel Jarre. Za pomocą rąk to dławił to wydłużał niewidzialne snopy dźwięków wydobywających się z przedziwnej maszynerii. Całości dopełniały wizualizacje ukazujące przekroje techniczne statków i rakiet kosmicznych. W sumie kilka utworów, ale o potężnej dawce odlotowej energii. Przed koncertem Fjernlys należało zejść z naprawdę dużej wysokości na ziemię. Czujności nigdy za wiele. Żaden z instalujących się muzyków nie wyglądał na Knuta z Fjernlys i już po chwili okazało się, że nastąpiła mała zamiana miejsc. Drugim zespołem grającym tego wieczoru był Antlers Mulm. Projekt Hansa Johma, którego część osób może kojarzyć z projektu Radio Eichenlaub oraz wytwórni Sonderubertragung! Podczas, gdy w Radio inspiracje Coil były śladowe (ale słyszalne), w Antlers Mulm były one i są ewidentne. Nie ma to jednak być zarzut i próba posądzenia artystów o brak oryginalności. Ci potrafią stworzyć swoją muzyką pewien klimat i charakterystyczny nastrój. Cały set był niezwykle kojący, a muzyka i wokal ciepłe. Generalnie duży kontrast w porównaniu z tym co prezentował Massimo. Między drugim, a trzecim projektem takich różnic stylowych już nie było.

Na koniec dnia, tudzież na początek nocy uraczył nas swoim koncertem Andreas Wahnmann nagrywający jako First Law. Sam artysta to wielkie chłopisko, taki Tony Wakeford ambientu. Jeszcze w roku 2006 zarzekał się na łamach białoruskiego magazynu Stigmata, że nie interesuje go granie na żywo. Tym bardziej chcieliśmy więc zobaczyć co przygotuje po zmianie decyzji dla widzów i słuchaczy zarazem. A był to naprawdę ciekawy występ. Zaskoczyła nas przede wszystkim gitara na scenie. Andreas postarał się i nie odwalał fuszerki z odtwarzaniem większości partii z playbacku. Do gry na swym czarnym elektryku używał kilku efektów, które wprowadzały ten kosmiczny klimat jaki znamy z płyt First Law. Gitara towarzyszyła mu przez większą część setu i dopiero pod koniec ustąpiła miejsca „pokrętłom”. W sumie duży plus dla Andreasa za cały koncert, który mógł podobać się zarówno wytrawnym znawcom jego twórczości, jak i osobom nie znającym jego dokonań.
W niedzielę należało musowo stawić się w dwóch lokalizacjach. Znanym już wszystkim UT Connewitz oraz Anker. Przed wejściem do kina zamieszanie. Grupa lokalnych anarchistów protestowała przeciwko występowi Stormfagel twierdząc, że jest to formacja próbująca przemycać nacjonalistyczne treści. Dyskutowali z ludźmi czekającymi w kolejce na koncert i „sugerowali” odpinanie naszywek z logo Death in June. Zarzucili nawet służbom porządkowym wpuszczanie osób z podobnymi emblematami do środka, co skończyło się chodzeniem po klubie ochroniarzy z latarkami i sprawdzaniem koszulek, spodni i innych części garderoby. Cała akcja raczej dość naciągana a już transparent protestujących wywieszony po drugiej stronie ulicy żenujący: „Zastrzelić Stormfagel – WGT wolne od nazistów”. W związku z tym wszystkim atmosfera w środku była dość napięta a zespołem, który rozpoczął występy tego dnia byli właśnie ów kontrowersyjni Szwedzi. Kiedyś na liście dyskusyjnej CMI ktoś mocno skrytykował Karmanika za wydanie ich debiutu przy czym zarzuty dotyczyły wyłącznie muzycznej strony. Po wysłuchaniu koncertu, a raczej kilku pierwszych utworów, zespół również i nam nie przypadł do gustu. To był jakiś folklor, ale bez ładu i składu. Wokal w białej koszuli i kamizelce, niestety wyglądający jak kelner, trochę śpiewał i deklamował. Pani (ta jednak z Węgier, a nie jak pozostała dwójka ze Szwecji) w ludowym stroju bardziej pasująca do naszego rodzimego Mazowsza również śpiewała, ale nie na tyle ujmująco abyśmy zostali do końca ich występu. Wróciliśmy dopiero po przerwie, aby zobaczyć duet Coph Nia, który okazał się zagrać w Lipsku materiał bardzo podobny do tego który zaprezentowali w Poznaniu. Rozpoczęli utworem Prime Mover, a po nich wybrzmiały The Oath, The Scapegoat i kultowy Stigmata Martyr. Była przeróbka prześwietnego Sympathy for the Devil, a przed nim jeszcze To Fix the Shadow. Na koniec sztandarowy Holy War (pewnik na ich koncertach) i Hymn to Lucifer. W sumie 10 utworów (były jeszcze Drinking to the Angel of the East oraz Our Lady of the Stars) i niezłe show zaserwowane przez zespół. Aldenon jak zwykle elegancki, w garniturze, krawacie ze swoją charakterystyczną bródką. Linus w dużym skupieniu, poważny, perfekcyjnie obsługujący bębny. Ludziom bardzo się podobało. Nam zresztą też. Teraz czekaliśmy już jednak na Brighter Death Now. Występ Rogera zaskoczył chyba większość osób zgromadzonych tego dnia w UT Connewitz. Zamiast zwariowanego show, do którego już się przyzwyczailiśmy, otrzymaliśmy w zamian dawkę potężnego death industrialnego wyziewu. Występ swój Karmanik dedykował Marco Corbelliemu (założyciel kultowego projektu Atrax Morgue i jeszcze bardziej kultowej wytwórni Slaughter Production), który targnął się skutecznie na swoje życie kilka miesięcy temu. I być może ten fakt miał duży wpływ na repertuar, charakter i klimat koncertu. Uszy przybyłych „koiły” bowiem dźwięki wczesnego BDN. Mieliśmy więc szansę usłyszeć kawałki z Great Death i Necrose Evengelicum, ale i nowy materiał, który ukaże się na LP 1890. Muzyka wybitnie współgrała z filmem wyświetlanym na ekranie. Wspomniana specyfika koncertu sprawiła, iż oczy wszystkich przybyłych skupione były właśnie na nim. Roger postanowił tym razem zejść na dalszy plan. Niczym profesor wyświetlający materiał szkoleniowy dla studentów siedział za stołem ze sprzętem i z niespotykanym dla niego spokojem spoglądał raz to na widzów i słuchaczy, raz na projekcje. Wyświetlano dokument z 1981 roku (reżyseria: Angel Garcia del Val), którego głównym bohaterem był pracownik kostnicy mieszczącej się w piwnicach jednego ze szpitali. Przez większą część czasu mieliśmy szansę oglądać mycie i ważenie zwłok, które w wykafelkowanych pomieszczeniach przemieszczano i zanurzano w kadziach za pomocą specjalnych dźwigów i systemów szelek. Samego wywiadu i komentarzy rzecz jasna nie mogliśmy usłyszeć, ale zainteresowanych maniaków gatunku odsyłamy do dystrybucji CMI, w której możliwe jest nabycie owego filmu w oryginalnej wersji dvd-r. Ostrzegamy jednak, że nie jest to dokument lekki i przyjemny – kilka osób opuściło salę, by w korytarzu słuchać dźwięków, gdyż strona wizualna performance okazała za ciężka. Generalnie całość zrobiła na wszystkich ogromne wrażenie. Publika długo dziękowała Rogerowi za set i pewnie jedynie ze względu na koncept koncertu nie mogło być mowy o żadnych bisach.

Po wspaniałych chwilach spędzonych w UT-Connewitz przenieśliśmy się do Anker, gdzie miały pojawić się kolejne gwiazdy ze stajni Karmanika: Rome, All My Faith Lost i Ataraxia, czyli imprezy ciąg dalszy. No i właśnie w Anker ta impreza wzięła górę – po wcześniejszej dawce muzycznej trudno było utrzymać ten sam poziom koncentracji i percepcji - po prostu piliśmy, gadaliśmy i świetnie się bawiliśmy zapominając, że ktoś gra na scenie... W pamięci została jedynie Ataraxia, ale, niestety jest to mało pozytywne wspomnienie Franceski śpiewającej po angielsku z przedziwnym, co by nie powiedzieć okropnym akcentem. Mimo to wieczór był naprawdę udany i rozrywkowy :)
Organizatorzy co pewien czas wyszukują nowe miejsca na koncerty i tak w poniedziałek trafiliśmy do nowej lokalizacji mieszczącej się na terenie lipskich targów. Kuppelhalle to duża rotunda, z okalającym ją korytarzem (tu znajdowały się bary oraz stoisko Tesco). Okazały obiekt, w którym bardzo miło spędziliśmy całe popołudnie i wieczór. Na wielkiej kanapie znaleźliśmy najpierw kolegów z Coph Nia i Desiderii, a potem samego Karmanika, który w trochę dłuższej rozmowie najeżonej żartami okazał się niezwykle przemiłym jegomościem. Czas jednak nieubłaganie uciekał i ani się spostrzegliśmy jak na scenie zainstalował się projekt Golgatha. Bardzo ciekawi byliśmy ich występu. Na płycie „Kydos – Reflections on Heroism” znajdują się głownie utwory z gatunku ambient, z mocnymi akcentami rytualnymi, ale również 2 znakomite perełki neofolkowe, stąd zastanawialiśmy się co też zaserwują nam tego dnia Niemcy. No i było naprawdę dobrze. Żeby nie powiedzieć bardzo dobrze. Koncert był czarujący i bardzo magiczny. Zespół wystąpił w maskach, co dodawało smaczku tajemniczości. Lider, w czarnych skórzanych rękawiczkach, na początku występu dzierżył w swych dłoniach proporzec, a podczas całego koncertu za dwoma muzykami wiła się w ponętnym tańcu kobieta w czarnej sukni. Wokal chwilami przypominał głos Davida Tibeta, ale żeby nie było wątpliwości muzycy nie silili się, aby w jakikolwiek sposób kopiować Current 93. Gdzieś w środku występu zagrali natomiast cover Death in June „Death of the West”, który zabrzmiał świetnie i jeszcze mocniej ożywił i tak dobrze już bawiąca się publikę. Z pewnością chcielibyśmy zobaczyć ich ponownie. To dobrze rokujący projekt i pewnie warto będzie wyglądać za jakiś czas ich kolejnej płyty.

Po Apoptose na scenie zainstalował się szwajcarski zespół Jesus and the Gurus, o którym niewiele wiedzieliśmy, patrząc jednak na towarzystwo, w którym miał zagrać, i to tuż przed gwiazdą wieczoru, nasze oczekiwania były naprawdę duże. No i.... no i bez wątpienia był to największy szoł tego festiwalu, jaki udało nam się zobaczyć, ale, niestety, szoł niskich lotów - Jesus and the Gurus można nazwać Ich Troje sceny neofolkowej. Na scenie pojawiły się 3 osoby w bardzo stylowych ubraniach – skóra, policyjne czapki, gitarzysta w mundurku skauta. Melodie pompatyczne, głos wokalisty pełen charyzmy w stylu Michała Wiśniewskiego, pani na kotłach grała nawet wtedy, gdy ich dźwięk nie wydobywał się z głośnika... Gitarzysta obracał się tyłem do publiczności, rozpinał spodnie, robił zdjęcia swojego krocza Polaroidem, po czym rzucał je fanom. I byłoby to nawet zabawne, gdyby nie powaga i pompatyczność tego szoł. A żenada sięgnęła dna, gdy w pewnym momencie zespół zszedł ze sceny, weszły na nią dwie roznegliżowane panie, które pookładały się chwilkę pejczami i wróciły za kulisy. W oczach publiczności pojawiło się totalne niedowierzanie – ale o co chodzi?!?!

Ostatnim punktem wieczoru był francuski gigant muzyki martial pop, chłopaki z Derniere Volonte, którzy jak na liderów gatunku przystało spisali się wprost... koncertowo. Wszyscy, łącznie z muzykami, cały czas świetnie się bawili. Było mocno melodyjnie, czasem bardziej popowo, innymi razy bardziej nastrojowo (może ciut pompatycznie). Geoffrey wyśpiewywał swe poetyckie teksty spoglądając gdzieś daleko przed siebie. Często unosił rękę rysując nią horyzont. Wówczas na jego prawym nadgarstku można było dostrzec obwiązany różaniec. Ubrany był cały na czarno, w skórzane spodnie i koszulkę z logo zespołu. Muzyka leciała niestety głównie z laptopa, na którym widać było dużą naklejkę i znak firmow wytwórni Hau Ruck! Drugim żywym instrumentem, obok wokalu, był zestaw perkusyjny. Tu mieliśmy również do czynienia z profesjonalistą. Bębny brzmiały doskonale i w pełni zgrane były z resztą. Widać było, że muzycy czerpią wielką radość z gry i całego występu. I mają dużą świadomość swojej wartości. To był z pewnością jeden z lepszych koncertów tej edycji. A minęła ona tak szybko, jak wszystkie pozostałe imprezy. Ani się spostrzegliśmy jak zrobił się właściwie wtorek i trzeba było wracać do kraju. W przyszłym roku spotkanie w dniach 9-12 maja.
SS, Izoldak.
Więcej informacji o festiwalu:
www.wave-gotik-treffen.de
