Apostazja -amgazyn muzyczny


simonas.jpg - 64578 Bytes


Simone „Hellvis” Salvatori solo set – brzmi wystarczająco intrygująco, by wybrać się do Berlina, do którego z Poznania w końcu bliżej nam niż do Warszawy. Tylko czy było warto? Tak, BYŁO WARTO!

Po pierwsze dla samego Berlina – uroczego, mimo wietrznej pogody. Berlina pełnego zakręconych knajp i klubów, do których sami nigdy byśmy nie trafili (ale to już zupełnie inna historia), maleńkich kafejek, pchlich targów, stoisk ze starymi winylami i pocztówkami (a to też kolejna, jeszcze inna opowieść)... Wróćmy jednak do meritum, do sobotniego wieczoru 26 stycznia 2008. Po godzinie 21 lądujemy w klubie Thule – strasznie zadymionym, zapchanym, ciemnym. Ściskamy dawno nie widzianych znajomych, zamawiamy pszeniczne piwo. Simone powoli szykuje się do grania, więc próbuję przepchnąć się bliżej sceny, by zrobić kilka zdjęć. Klub jest bardzo mały, znacznie mniejszy niż Piwnica 21, więc nie jest to łatwe. W końcu docieram pod scenę, ale jest tam na tyle ciasno, że ląduję na samej scenie, wciśnięta z boku. Opieram się na pudle od gitary Simone – lepszego miejsca znaleźć nie mogłam ;-).

W końcu Simone pojawia się na scenie, siada z gitarą i zaczyna pierwszą, akustyczną część koncertu. Jestem pełna wyczekiwania jak to zabrzmi – nawet na moim ukochanym „Nihilist” oprócz gitary i głosu Simone jest jeszcze pianino i skrzypce Matta Howdena. Tymczasem bomba: „Soulgambler” – i już nie mam żadnych wątpliwości. Będzie dobrze. Głos Hellvisa brzmi jak zwykle świetnie, mocno, charyzmatycznie. Pięknie. Po pierwszym utworze czas na kolejny hit – „Song for the old man”. Przed utworem Simone opowiada, że napisał ten utwór dla swojego dziadka, który podczas wojny walczył w Afryce i do końca życia wierzył w to, co robił. Przyznam, że znając tę historię, zupełnie inaczej słuchałam tego utworu. Był świetnie zagrany i zaśpiewany. I jeszcze prawdziwszy.

Trzeci utwór (niestety nie wiem, jaki jest jego tytuł) to przedsmak tego, co będziemy mogli znaleźć na nowym wydawnictwie Spiritual Front. Simone zapowiedział, że będzie to „homosexual stuff”, i tak właśnie w tekście było. Po pierwszym przesłuchaniu mogę śmiało powiedzieć, że będzie to kolejny koncertowy hit. „Oh, boy!” nadal wybrzmiewa w mych uszach. Po nim kolejny, niestety ostatni gitarowy kawałek tego wieczoru. „Ragged bed” zagrany i zaśpiewany tak, że łzy po prostu popłynęły mi po policzkach. Totalny brak kontroli; czułam się jak w 2004 roku, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Włochów na żywo... Uff, przejdźmy do karaoke. Tak, do karaoke – bo to pierwsze moje skojarzenie, gdy Simone odłożył gitarę i pojawił się z samym mikrofonem, a z kolumn popłynęła muzyka z „Armaggedon Gigolo” ze wszystkimi smyczkami, chórkami. Ale od razu muszę napisać, że Simone jest prawdziwym mistrzem tego karaoke. Bo choć na początku wydawało mi się to trochę dziwne, gdy tylko Simone zaczął śpiewać przypomniał wszystkim, że Spiritual Front to On. Wciągnął kilka osób na scenę, posadził je na krzesłach i powiedział „Zacznijmy imprezę”. I rzeczywiście świetnie się bawiliśmy – Simone rozdawał dziewczynom kwiaty, chłopakom buziaki, jakiemuś przerażonemu chłopcu usiadł na kolanach. Na tyłach publiczności zaczęły się rozmowy, które trochę denerwowały Simone, ale i tak sprawnie i profesjonalnie dobrnął do końca. Wśród zagranych utworów pojawiły się „I walk the (dead) line”, „Bastard Angel”, „No kisess on the mouth”, „In the circle” (fajnie było to usłyszeć, bo chyba rzadko – jeśli w ogóle – grają ten utwór na koncertach), „Jesus died in Las Vegas” (chyba nikt nie będzie zaskoczony, jeśli dodam, że również w Berlinie ;-)) i z pewnością coś jeszcze z „Armaggedon...”, odtwarzam jednak z pamięci. Na koniec, tradycyjnie, „Slave”. Najpierw Simone zaśpiewał cały utwór sam, później wciągnął kilka osób na scenę i zaśpiewał z nimi – brzmiało to naprawdę zabawnie. Kończąc Simone podziękował wszystkim za... ściągnięcie jego albumu z netu. Mam nadzieję, że wszyscy piraci zrobili w tym momencie rachunek sumienia i okażą Spiritual Front choć odrobinę szacunku kupując oryginalną płytę.

Podsumowując: na solowym koncercie Hellvisa było zabawniej, barwniej, inaczej. Ale nadal poruszająco, profesjonalnie, energicznie i elektryzująco. I, jak zwykle przy Spiritual Front, za mało! Pozostaje mieć nadzieję, że Simone dotrzyma słowa i odwiedzi wkrótce Polskę...

(iwona)



sim1.jpg - 38089 Bytes


sim2.jpg - 24040 Bytes


sim3.jpg - 56451 Bytes


sim3.jpg - 56451 Bytes


sim4.jpg - 45447 Bytes


sim6.jpg - 45781 Bytes


sim7.jpg - 58051 Bytes


sim8.jpg - 30922 Bytes


sim5.jpg - 28921 Bytes


(foto: iwona)



H_solo_D.jpg - 157197 Bytes

www.spiritualfront.com