![]() |
||||||||
![]() Zapraszamy do przeczytania nowego wywiadu z Tomkiem Mirtem (ex – ONE INCH OF SHADOW, BRASIL AND THE GALLOWBROTHERS BAND, MIRT, MIRT / GADOMSKI). Podczas naszej rozmowy poruszyliśmy wiele interesujących tematów dotyczących muzycznej aktywności Mirta i jego wszystkich projektów, które naszym zdaniem zasługują na najwyższą uwagę. Mamy nadzieję, że poniższa lektura okaże się ciekawa nie tylko dla nas;) 1. Witaj Tomku, od naszej ostatniej rozmowy minęło trochę czasu. W międzyczasie wydaliście nowy album „Hi Brasil is Were we Are” ( recenzja: tutaj ). Jak z perspektywy tych kilku miesięcy oceniasz tą płytę? Spełnia ona Twe oczekiwania, ambicje? Mirt: Nie potrafię jej jeszcze obiektywnie ocenić. To płyta, która powstała bez założeń, Tomek i Karol, którzy z nami nagrywali mieli dużą swobodę. Spotykaliśmy się i zaczynaliśmy nagrywać, bez tłumaczenia jak całość ma wyglądać. Totalnie nie wiedzieliśmy co chcemy osiągnąć, daliśmy się ponieść prądowi. „Legionowo” to był olbrzymi projekt, ciągnący się kilka lat, ta idea zaprzątała nas bez reszty, powstawały kolejne wersje. „Hi Brasil” to właściwie kilka dni pracy. „Legionowo” podobało mi się jako całość, poszczególne utwory w oderwaniu od innych zdecydowanie traciły. „Hi Brasil” to bardziej płyta z piosenkami, lubię poszczególne utwory, ale jako całość nie jest jakimś konkretnym tworem. Myślę, że tak miało wyglądać „Wander till Sring”, kiedy nagrywaliśmy tamtą płytę, chcieliśmy przy użyciu swobodnych improwizacji stworzyć jakąś własną wizję przyjemnych piosenek, oczywiście miało to tyle z popem wspólnego, co Zuckerzeit Clustera z obecną papką z radia. Dla mnie każda płyta to zawsze spis rzeczy, które musze w przyszłości zmienić, to ma nie wiele wspólnego z tym, czym one są dla odbiorcy. Gdybym, mimo wszystko, osobiście nie był przekonany do tych nagrań pewnie nie ukazałyby się na płycie w tej postaci. Legionowa i Hi Brasil mogę wysłuchać od początku do końca, są to płyty, które akceptuję, z wcześniejszymi raczej mam problemy. Z resztą moje zarzuty najczęściej są natury technicznej, nagrywając w domenie cyfrowej możesz wszystko w nieskończoność poprawiać. Połączenie improwizacji z taśmą magnetofonową właściwie wyklucza możliwość późniejszej ingerencji i raz zarejestrowany ślad może być równie trudny do naprawienia jak i do odtworzenia. 2. Do pracy nad „Hi Brasil…” zaprosiłeś dwóch nowych perkusistów, a mianowicie Tomka Gadomskiego i Karola Kosznieca. Przyznam, że był to świetny pomysł, bo muzyka Brasil and the Gallowbrothers Band nabrała teraz nowej jakości i jeszcze głębszej atmosfery. Będziecie jeszcze współpracować w przyszłości? Mirt: Tak myślę, na pewno cały czas współpracujemy z Tomkiem, zarówno jako Brasil jak również obecnie nagrywamy jako duet. Myślę, że w przyszłości będziemy zapraszać Karola. Na pewno jesteśmy zadowoleni z tego posunięcia, od dawna brakowało nam w naszej muzyce żywej sekcji rytmicznej, ale też przez długi czas nie do końca chyba wiedzieliśmy jak miałaby wyglądać, bo też tradycyjny rockowy zestaw bas plus perkusja, chyba nie był tym, o czym marzyliśmy. Nie wiem tak naprawdę, jak będzie w przyszłości, myślę, że musimy wypracować jakąś nową formułę żeby się nie powtarzać i robić ciągle coś nowego. Mam nadzieję, że zostanie z nami Tomek, czuję, że w obecnym czteroosobowym składzie powoli nabieramy wiatru w żagle. Jest obecnie dość duży rozdźwięk pomiędzy naszym wcieleniem studyjnym i koncertowym, chciałbym być w stanie to trochę uporządkować. Brasil na płytach to coraz bardziej żywy zespół. Wbrew temu, co może się wydawać, na Hi Brasil niewiele jest typowej elektroniki, praktycznie nie ma żadnych loopów. Wszystko jest grane na żywo, a syntezatory zdecydowanie ustępują gitarom, pianom i perkusji. Podczas koncertów nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego na raz, więc elektronika gra ważniejszą rolę, pojawiają się sample i sequencery. To są dwa światy, które cały czas się ścierają. Poszerzenie składu to dużo pozytywów, ale często o wiele większe ograniczenia, pomijając kwestie porozumienia się, dochodzą bardzo prozaiczne rzeczy jak organizacja koncertów przy większym składzie i znalezienie czasu na próby. Muzyka, którą tworzymy zawsze była bardziej współbrzmieniem dźwięków niż określoną melodią i rytmem, spotkanie z Tomkiem dobrze nam zrobiło, bo wniósł bardzo szeroką paletę nowych dźwięków i wspólnie z Karolem pewną dozę dynamiki, której nie sposób wytworzyć bez żywej perkusji. Pewnie teraz nam już trochę przeszło, ale tuż po nagraniu Hi Brasil zaczęliśmy eksperymentować z samym rytmem. Zastanawialiśmy się nad zupełnie nową ścieżką, teraz chyba jest czas powrotu do tego, co stałe w Brasil, bo trochę bardziej zastanawiamy się, czym ten zespół jest, właśnie w sferze brzmienia. Od nagrania „Hi Brasil” mieliśmy kilka prób w cztery osoby i mam wrażenie, że w tej chwili wszystkie elementy układanki zaczynają do siebie pasować. ![]() 3. Powiedz proszę, jaki jest odzew na Wasze nowe dzieło? Mam nadzieję, że nie przejdzie ono bez echa w nazwijmy to „podziemiu”. A tak przy okazji, nie jesteście już zmęczeni tym całym „podziemiem”. Zapytam wprost. Wolicie pozostawać w ukryciu, czy chcielibyście, aby Wasza muzyka stała się bardziej znana i popularna? Widziałem jakiś czas temu recenzję „Hi Brasil..” w Aktiviście. Może to jakiś zwiastun nowej ery? Wypłynięcia na szersze wody „alternatywnego mainstreamu”?;) Mirt: Napisałbym bardzo długą odpowiedź na to pytanie, ale chyba nie ma sensu tego wszystkiego powtarzać setny raz. „Alternatywny mainstream”, „podziemie” etc. To puste słowa, za którymi praktycznie nic nie stoi. Odbiorcy muzyki „niezależnej, alternatywnej, awangardowej etc.” to jest garstka ludzi, a przy naszych chaotycznych działaniach trudno liczyć na powodzenie jakiejkolwiek z naszych płyt. Obecnie żeby płyta zespołu takiego jak nasz, zespołu poza wszelkimi scenami, zaistniała, trzeba dużego nakładu pracy, który mi trudno nawet sobie wyobrazić. Jesteśmy totalnymi outsiderami i to nie jest coś, co nam pomaga. 4. Wspominałeś ostatnio o kolejnych koncertach, które zamierzacie zagrać w najbliższej przyszłości. Jaki materiał będziecie chcieli podczas nich zaprezentować? Będziecie grać tylko we trójkę (Ty, Dominic i T.E.R), czy wraz z Karolem i Tomkiem Gadomskim, czyli resztą składu z „Hi Brasil…”? Mirt: Wygląda na to, że koncertów będzie mniej niż przewidywałem. Będziemy grać we cztery osoby, wraz z Tomkiem, Nie wiem jeszcze jak będą one wyglądać. Najprawdopodobniej jak zwykle, będą po prostu w swobodny sposób nawiązywać do płyty. Z Brasil jest trochę tak, że z totalnego chaosu z dużym wysiłkiem, co jakiś czas wyodrębniamy kolejne płyty. Pomiędzy sesjami zwieńczonymi nagraniem, które możemy uznać za kolejną płytę Brasil i wydać, następują okresy totalnej apatii, chorych wycieczek, eksperymentów, po których na kolejnych płytach pozostają ledwie zauważalne odciski. W tym okresie gramy również od czasu do czasu koncerty, na których znacznie bardziej odciska piętno ten chaos. Możemy coś na nie przygotować a dzień przed zmienić zdanie, możemy poddać się chwilowej fascynacji albo z wyrachowaniem zaplanować, co bardziej sprawdzi się na żywo i nie będzie nam przeszkadzać, że nie ma śladu po tym na płytach. Niektóre koncerty to totalny żywioł wchodzimy na scenę mając blade pojęcie, co nas czeka do innych jesteśmy lepiej przygotowani niż do nagrywania płyty. Brasil, jak sobie ostatnio uświadamiam, niestety nie jest zespołem, to stan ducha osób tworzących ten twór, nie jest to coś, co można zaplanować, skierować w jakąś stronę. O koncertach myślimy w zupełnie inny sposób niż o płytach, to, co wyda ci się atrakcyjne, kiedy siedzisz w domu, na żywo może być, co najmniej nużące, to zupełnie inny rodzaj energii, usiłujemy o tym pamiętać. ![]() ![]() 5. Wiem, że nagrywasz wraz z Tomkiem nowy album pod szyldem Mirt / Gadomski? Zdradzisz nam kilka szczegółów na ten temat? Oczywiście o ile nie jest to żadną tajemnicą. Co to będzie za muzyka? Będzie jakoś znacząco różnić się od muzyki Brasil? Mirt: Mam nadzieję, że jeszcze na wiosnę materiał ukaże się na CD, płyta będzie nosić tytuł „Si Si”. Przede wszystkim to ja, czyli drony, plamy, różne brudy i trąbka oraz Tomek, czyli wszelkie perkusjonalia, ale nad wyraz często dalekie od funkcji rytmicznej. To na pewno trochę inna muzyka niż Brasil czy Mirt, ale też nic bardzo odległego (choć słyszałem odmienne opinie). Najprawdopodobniej to dopiero początek naszej współpracy. Z Tomkiem doskonale się pracuje, jest konkretny i nie ma problemu, że zaczniemy wchodzić sobie w paradę, nasze instrumenty się dopełniają. Tomek używał pałek a ja naciskałem klawisze i kręciłem gałkami, efekt może być absolutnie zaskakujący albo łatwy do przewidzenia, ale mnie trudno to ocenić, mogę tylko mieć nadzieję że to, co zrobiliśmy to dobra płyta. To zupełnie inne doświadczenie od Brasil, przede wszystkim, nieobarczone takim wielkim ciężarem zbiorowego doświadczenia. Bardzo łatwo mi się nagrywało tą płytę, nie potrafię tego wytłumaczyć do końca, wszystko działo się bardzo intuicyjnie, może dla tego, że trudno było przewidzieć efekt końcowy i żaden z nas nie starał się na siłę narzucać jakiegoś kierunku. Nagrywając płyty solowe dokładnie wiem, co chcę osiągnąć i przez to, jest to żmudna i długotrwała praca, którą często przerywam zniechęcony odległością celu i brakiem motywacji ze strony współtwórców. Brasil natomiast to zestaw bardzo różnych charakterów, które są bardzo podatnym gruntem dla nowych działań, ale tylko w przypadku względnej zgodności i odpowiedniego stanu ducha. Tutaj mogłem się uwolnić od ograniczeń obydwu wcześniejszych projektów. ![]() 6. Słuchałem dziś „Birthday of Angels and Mannequins” Waszego poprzedniego projektu One Inch of Shadow. Dawno ten krążek nie gościł w moim odtwarzaczu i dziś po długim czasie wydał mi się on przeraźliwie wręcz melancholijny. Szczególnie „Mannequin Song” to esencja smutku. Jak Ty Tomku, jako twórca, postrzegasz ten album teraz, po dobrych kilku latach od ukazania się? Mirt: Nie mam chyba konkretnego zdania o tej płycie, nie staram się jej oceniać, bo wiem, że wtedy daliśmy z siebie wszystko. Jestem wdzięczny Tomkowi Zrąbkowskiemu, że dał nam szansę i zaufał. Jest to dokument tamtego czasu, nasze zapatrywania na muzykę niewiele się zmieniły, ale możliwości tak. Pamiętam, że jak trzymałem ta płytę pierwszy raz w ręku z jednej strony się bardzo cieszyłem, ale z drugiej miałem świadomość, że to coś jeszcze bardzo ułomnego i zanim będę zadowolony z tego, co robię minie jeszcze wiele czasu. Dziś myślę, że ta sesja miała jeden duży plus, cały proces miał w sobie dużo witalności, a efekt był naprawdę dobrze oceniony, co trochę mnie zaskoczyło. Dawno nie słuchałem tej płyty, zapamiętałem ją jako bardzo nowofalową płytę, oczywiście jak na nas. Nowa fala bardziej pod Cindytalk i Eyeless In Gaza niż Joy Division. To dla mnie również ostatni rozdział One Inch of Shadow. My z natury jesteśmy skłonni do melancholii tylko myślę, że z czasem nauczyliśmy się to przekazywać w mniej bezpośredni sposób. Dużo rzeczy mnie teraz trochę bawi na Birthday, ale to były heroiczne czasy i dziś mogę sobie więcej wybaczyć. Teraz na pewno bym takiej płyty nie nagrał, ale kiedy pomyślę o tym, co robiliśmy wtedy cieszę się, że wybraliśmy akurat te nagrania. Widzę w tym wiele błędów, ale jak słyszę, jak mimo wszystko dobrze brzmią bębny w "Things to change" robione z rury PCV pod wpływem chwili, myślę, że chciałbym tam wrócić. Ostatnio Rafał mi powiedział, że teraz już byśmy tak nie biegali wszędzie stukając w kawałki złomu, odkręcając wodę i trzaskając drzwiami jak podczas nagrywania „The band plays on”. Powiedziałem mu, że się myli, w tej chwili nie biegamy, bo jest zima a w zimie nigdy nie biegaliśmy. Kiedy teraz słucham tych nagrań, mam nadzieję że się nie myliłem. Kiedy myślę o Birthday, pamiętam lato, otwarte drzwi, nocne improwizacje. To było totalne zatracenie. 7. Przyznam szczerze, że utwory z „Birthday of Angels…” brzmią dla mnie o wiele lepiej na koncertówce „Bring Alchemy to School 1”, niż na samym albumie. Bardziej do mnie przemawia ich aura. Może to dziwne, ale uważam, że na tym koncercie ich atmosfera jest bardziej oniryczna, senna, wciągająca. Może zadecydowało o tym brzmienie, inne aranżacje? Co o tym sądzisz? Mirt: Nie dziwi mnie to, co napisałeś, „Bring the Alchemy…” było nagrane na festiwalu we Wrocławiu, był tam profesjonalny sprzęt, również to, na czym my graliśmy różniło się od tego, co mieliśmy podczas sesji Birthday. Nie chodzi tu o jakieś peany na cześć technologii. Po prostu Birthday nagrywaliśmy prawie nie posiadając żadnego sprzętu do tego przystosowanego, perkusję o ile dobrze pamiętam zapętlaliśmy na discmanie, przy tym wszystko było bardzo spontaniczne. W czasie festiwalu, utwory były bardziej dopracowane, mieliśmy też większe możliwości kreowania brzmienia. Myślę, że to był w ogóle jeden z naszych najlepszych koncertów. To dwa światy. Dziś uważam, że cała seria „Bring the Alchemy to School" powinna być wydana bez żadnego szyldu, z pewnością nie było to już One Inch of shadow. Podejrzewam, że wielu trudno zrozumieć tę granicę. Dla mnie polega ona na tym, że w pewnym momencie nabraliśmy świadomości jak kierować tym, co tworzymy. Trudno to do dziś nazwać pełnym panowaniem, ale w pewnej chwili mogliśmy dokonywać pewnych wyborów, które nie istniały na początku. Koncert z Festiwalu we Wrocławiu to wiele miłych wspomnień, nasz pierwszy koncert poza Warszawą a do tego naprawdę udany, ale z drugiej strony, Birthday tak jak wspominałem to zupełnie inna historia, tych nagrań nie da się porównać z niczym obecnie tworzonym. Płyta była nagrana na setkę przy użyciu ułomnego polskiego miksera, najtańszego polskiego pogłosu, jaki znaleźliśmy, dwóch polskich organów elektrycznych, zabawkowego samplerka dla dzieci, jakiś rozklekotanych gitar, ze dwóch efektów do nich i sterty instrumentów własnej produkcji, nawet trąbka wtedy nie była prawdziwą trąbką. Dziś jak włączyłem tą płytę dziwię się, że to i tak brzmi tak przekonująco. Na koncercie postawiliśmy bardziej na transowość na jednorodny, wyczuwalny puls. Z resztą obydwie produkcje różnią ponad dwa lata, Birthday było nagrane w lecie 2001 koncert jest z końca 2003 w międzyczasie nagraliśmy „The band plays on” które miało być nowym OIOS ale okazało się zbyt odległe od kierunku który mieliśmy obrać i jakoś nie przekonywało nas jako płyta OIOS. Dzisiaj się zastanawiam, jakim cudem graliśmy na festiwalu utwory z „Birthday of angels..”, ale najwyraźniej wtedy wydawało nam się że na koncertach gra się utwory z płyt albo byliśmy wyjątkowo rozczarowani aktualnymi dokonaniami, a może znowu melancholia bo jest również „Cold” jeden z pierwszych utworów OIOS w ogóle, jeszcze z połowy lat 90”. ![]() 8. Trzecia część „Bring Alchemy to School” to wasza wspólna improwizacja (jak dla mnie doskonała!) na żywo wraz z amerykańskim Black Forest / Black Sea. Jak wspominasz tą sesję w warszawskiej Jadłodajni Filozoficznej? Jak udało Wam się namówić amerykanów do współpracy? Macie jeszcze z nimi jakiś kontakt? Może kolejna kolaboracja w przyszłości? Mirt: Jeffrey i Miriam zgłosili się do nas czy nie pomoglibyśmy im w organizacji koncertu w Warszawie, kiedy przyjechali byli u nas kilka dni i postanowiliśmy razem zagrać taki improwizowany wspólny set przed właściwym koncertem, potem zostało to dosyć opacznie zrozumiane przez trzeci zespół, który występował z BF/BS ale pomińmy to milczeniem. Całość była całkowicie spontaniczna, nikt nikogo do niczego nie namawiał. Do tej pory utrzymujemy kontakty. Trudno mi powiedzieć cokolwiek o przyszłych kolaboracjach, bo to zazwyczaj całkowicie przypadkowe. Co do koncertu myślę że ma więcej magii na płycie niż na żywo. Jadłodajnia to mało przyjazny klub dla muzyki, zaryzykowałbym stwierdzenie że Warszawa to mało przyjazne miejsce dla muzyki. Jest wielka różnica pomiędzy piciem piwa podczas słuchania muzyki i słuchaniem podczas picia. Myślę że BtAtS 2 i 3 to były dosyć istotne dwa koncerty, na pewno ta muzyka odcisnęła najsilniejsze piętno na Legionowie. One Inch of Shadow przez długi czas działało na banalnie prostej zasadzie kompozycyjnej - loop tworzący podstawę i jakieś improwizacje. W pewnym momencie to była już maksymalnie wyeksploatowana ścieżka, zaczęliśmy pracować nad czymś bardziej swobodnym i żywym. Słychać to na „the bands plays on” - praktycznie akustycznej plycie. W okresie tych koncertów to wszystko nabrało przekonujących kształtów, powróciła elektronika, ale już w trochę innej formie niż kiedyś. Tak naprawdę byliśmy zdania, że te koncerty mają o wiele więcej sensu niż kolejne wersje nowej płyty OIOS, nad którą wtedy pracowaliśmy a która w efekcie stała się Legionowem. Na wszystkich tych koncertówkach słychać field recordnigi, które zbieraliśmy z myślą o nowej płycie. Wracając do kolaboracji to był wtedy istotny punkt, dzięki któremu łatwiej nam było szukać elementów, które sami przeoczyliśmy, a mogą dobrze współgrać z tym co robimy, w naszym archiwum leży jeszcze trzeci koncert z tamtych dni, nagrany wspólnie ze Stworami Wodnymi. 9. Dlaczego wydaliście CDr-ową serię „Bring Alchemy to School” One Inch of Shadow, w tak mikroskopijnym nakładzie? O ile pamiętam, każda z części była limitowana do 90 sztuk. Dziś znalezienie oryginału graniczy z cudem (na szczęście w sklepie serpent.pl można legalnie zakupić pliki z tymi nagraniami – info dla zainteresowanych czytelników). Zależało Wam na tym by te płytki stały się wydawnictwami kultowymi z powodu tak niskiego nakładu? Mirt: Nie spodziewam się by stały się kultowe, miał to być dokument naszych koncertowych poczynań z tamtego okresu. Wtedy na koncertach dużo się działo, to znacznie poszerzało spektrum OIOS, efektem była zmiana nazwy. To taki dziennik zmian, które wtedy nastąpiły. Zainteresowanie nimi z pewnością nie jest na tyle duże by groził im status kultowości. Nakład to było 60 kopii tylko pierwsza była limitowana, do 90, ale to w warunkach polskich nie był żaden limit. Założenie było takie żeby te płyty ukazywały się cały czas, ale po wydaniu Legionowa wiele się zmieniło, przede wszystkim miałem dosyć rękodzieła, takiej dłubaniny, no i zepsuł nam się minidisc i nie byliśmy już w stanie rejestrować każdego koncertu. Nakład był mały też dla tego żeby to nie przerodziło się w jakiekolwiek normalne wydawnictwo, to takie bootlegi, nic oficjalnego. Początkowo był nawet pomysł żeby to wydawać w taki sposób żeby samemu się do tego nie przyznawać. Wiedziałem już wtedy, że mnożenie wydawnictw to nic dobrego, ale kiedy od 2001 nie mieliśmy żadnych nowych nagrań studyjnych OIOS a wydanie jednej koncertówki nie miało sensu, edycja tej serii w takiej postaci wydawała się najrozsądniejszym posunięciem. Tym bardziej, że kontakty z Dead Ravel Choir i Black Forest / Black Sea otworzyły nam trochę drogę do USA, a nie mieliśmy nic aktualnego, co można było tam wysłać. Jak sam zauważyłeś różnica pomiędzy Birthday a Bring the Alchemy to School istnieje, wtedy wydawała nam się zasadnicza. 10. Czy gdyby dziś ktoś się zgłosił do Was, i zaproponowałby reedycję tych materiałów na kompakcie lub winylu, zgodziłbyś się? Szkoda, żeby tak świetna muzyka nie doczekała się wydania na formacie, na jaki zasługuje. Mirt: Nie wiem, chyba to mało realne, jakiś czas temu rozważaliśmy kilka wznowień, ale do niczego sensownego to nie doprowadziło. Jeśli ktoś ma marnować kawałek winylu to wołałbym chyba myśleć o tym, co przed nami. Jeśli te koncertówki miały by się ukazać w jakiejś nowej postaci to pewnie tylko razem, może nawet poszerzone o jakiś jeden albo dwa koncerty, ale ich wartość dla mnie byłaby wyłącznie dokumentalna i pewnie po wydaniu nie byłbym z tego do końca zadowolony. Na początku bardzo mnie ekscytowało wydawanie, razem mieliśmy masę pomysłów na jakieś niesamowite serie, trylogie. Sytuacja się zmieniła, wydawnictw jest coraz więcej i coraz trudniej o coś świeżego i sensownego. Wszystko, co robię to głównie praca studyjna, więc jej emanacją nie będą raczej koncerty a płyty. Wolę myśleć o tym, że będzie to kilka rozpoznawalnych tytułów a nie długa lista sieczki. 11. Na przestrzeni ostatnich lat wypuściłeś w swej oficynie Cat Sun wydawnictwa takich projektów jak Dominic Savio (wokalista OIOS / Brasil), b.a.u.d czy Rawski. Czy jest jakaś szansa na nowe płyty tych artystów? Mirt: B.a.u.d. podobnie jak Rawski z tego co wiem podążają swoimi drogami, ja osobiście raczej nie wrócę do tego etapu. Obecnie współpracuję z Jakubem Mikołajczykiem przy Monotype i to mi absolutnie wystarcza, jeśli chodzi o działania wydawnicze. Dzisiaj przede wszystkim wiem, że wydawnictwo to nie gość, który nagra/wytłoczy płyty i je zapakuje. Każdej płycie trzeba poświęcić wiele czasu i energii promując ją i najzwyczajniej sprzedając a w obecnej sytuacji to praca dla naprawdę twardych ludzi. Mi brakuje czasu by zajmować się Mirtem i Brasil, więc raczej marne szanse na powrót Cat Sun w postaci z przed lat. Być może kiedyś Rafał coś nagra sam, ale pewnie nie jako Dominic Savio. Jakiś czas temu pomagałem w nagraniach zespołu Noisegarden, ale rola producenta i wydawcy wydaje mi się mało atrakcyjna, to przede wszystkim odpowiedzialność, którą trudno mi brać na swoje barki. ![]() 12. Myślicie już o powrocie z „Hi Brasil...”, czy na razie jest wam tam dobrze i nie zamierzacie się nigdzie stamtąd ruszać? Mirt: Pewnie będziemy potrzebować chwili zanim przemieścimy się w nowe ciekawe rejony. Na razie odbyłem wycieczkę z Tomkiem i coraz poważniej myślę o kontynuacji pewnej solowej podróży. Jeśli wierzyć tytułowi naszej ostatniej produkcji, prędko się nie uwolnimy od Hi Brasil. Na razie czuję, że nie ma nas nigdzie, ostatnie miesiące były dla nas dosyć dramatyczne, rzeczywistość dała nam trochę w kość, z pewnością czas budować nowy azyl, ale z tym pewnie będzie trzeba czekać do lata, chyba nigdy nie udało nam się nagrać nic sensownego w zimie, na razie szukamy na mapie punktu odniesienia. 13. Wspominałeś kiedyś o solowej płycie T.E.R. Czy jest szansa, że ten album kiedykolwiek się ukaże? Co z nowym albumem Dominic Savio? Są szanse na nowe dźwięki pod tym szyldem? Mirt: Jest u nas w studiu szpula z napisem T.E.R. i coś nawet na niej jest, chociaż ostatnio trochę tracę nadzieję, że Magda coś z nią dalej zrobi, ale w sumie nic nie mogę powiedzieć, to, że cokolwiek zaczęła nagrywać też mnie zaskoczyło, bo mimo, że ją do tego namawiałem jakoś nigdy nie widziała w tym głębszego sensu. Mnie to zawsze o tyle ciekawiło, że o wiele łatwiej mi przewidzieć to, co może zrobić Rafał. Nowa płyta Rafała to też na razie pieśń przyszłości. Być może bardziej się spełniają w Brasil, ja potrzebuję jakiejś odskoczni. 14. Odnoszę wrażenie, że jesteś liderem i najważniejszym filarem Brasil. Prowadzisz stronę internetową i myspace zespołu, poza tym na Tobie spoczywają kontakty z mediami, wytwórniami. Czy T.E.R i Dominic wolą pozostawać w ukryciu, czy też Tobie odpowiada rola "szefa"? Mirt: Może mam silniejsze poczucie obowiązku, artystycznie w tym zespole nie ma lidera. To jest dosyć dziwny układ, bo właściwie jak komuś coś się nie podoba to po prostu coś nie wyjdzie, ale nie prowadzimy jakiś dyskusji i narad ani też nikt nie narzuca reszcie swojego zdania, tym bardziej, że zwykle każdy ma inne. To bardziej intuicyjne działanie. Gdyby zabrakło kogoś z naszej trójki nie było by Brasil. Tak jak powiedziałem to stan ducha tych trzech osób. Mogę udzielić setki wywiadów, nawet powiedzieć: dziś gramy na dwóch garnkach bo nic innego nie działa i nic nie podłączę (w zespole wyrabiam również za technicznego) ale i tak nie zjem pozostałym mózgów i nie zapanuję nad ich duszą. Robię dużo, część z tych rzeczy pewnie bardziej lubię niż Magda czy Rafał, jako grafik w części po prostu jestem lepszy, cześć zrobię, bo ktoś musi, ale są takie rzeczy, którymi się nie zajmuję a które mają o wiele większy wpływ na to co istotne i to jak brzmią nasze płyty. 15. To wszystko, o co chciałbym Cię zapytać w tej chwili… Bardzo Ci dziękuję za Twój czas. Jestem pewien, że w przyszłości utniemy sobie kolejną pogawędkę, o ile będziesz miał ochotę;). Zostało jeszcze trochę tajemnic w archiwach Cat Sun… No i kolejne, nowe produkcje Waszych projektów. Chciałbyś dodać coś na koniec? Mirt: Mogę tylko zachęcić do chodzenia na koncerty i kupowania płyt, to naprawdę istotne wsparcie. rozmawiał: Tomasz Borowski więcej informacji: www.brasilandthegallowbrothersband.org www.mirt.brasilandthegallowbrothersband.org www.myspace.com/brasilandthegallowbrothersband www.myspace.com/tgadomskitmirt ![]() |
||||