![]() |
||||||||
![]() Na przestrzeni ostatnich dwóch lat rozmawialiśmy z Mirtem dwa razy na temat wszystkich jego projektów i nie tylko. Prześwietliliśmy go dogłębnie. Dziś pora na kolejny, trzeci wywiad. Okazja jest ku temu szczególna, koncert magicznej esencji BRASIL AND THE GALLOWBROTHERS BAND oraz solowej inkarnacji Mirta. Ufamy (uf, uf), że zjawicie się 23 maja w Poznaniu w klubie Dragon... i... popłyniemy wspólnie... 1. Witaj Tomku, nasza ostatnia rozmowa miała miejsce tuż po wydaniu „Hi Brasil is where we are”. Co porabialiście od tamtego czasu? Wiele zmieniło się w zespole? Opowiedz proszę jakie macie plany, zamierzenia na najbliższą przyszłość. Mirt: W sumie od tego czasu nie zdarzyło się wiele widocznych rzeczy. To był bardziej okres przewartościowań. Czas między "Legionowem" (rec.: tutaj) a "Hi Brasil is Were we Are" (rec.: tutaj) wydaje mi się odejściem od istoty Brasil, od zespołowej improwizacji. W pewnym momencie nasz proces twórczy się zmienił. Utwory powstawały dalej na zasadzie improwizacji, ale była to improwizacja w pojedynkę do nagranego wcześniej śladu, czy to wyimprowizowanego czy złożonego z jakiś sampli. Przez to, te improwizacje stały się dla nas bezduszne brakowało im interakcji, jakiejś spontaniczności i elementu zaskoczenia, który pamiętaliśmy z początków naszej działalności. Chodzi mi tu bardziej o proces twórczy niż efekt finalny. Bardziej skupialiśmy się na płycie, niż drodze prowadzącej do jej powstania. Postanowiliśmy więc wrócić do starych metod, przede wszystkim, na początek dużo improwizować bez nagrywania. Teraz, mam wrażenie, że powoli łapiemy, znowu wiatr w żagle. Jesteśmy w stanie robić to, co nam się podoba w sposób, który nam odpowiada. Myślimy o nowej płycie, która, mam nadzieję pchnie wszystko na przód, w jakimś mglistym jeszcze kierunku. Pracuję też nad moją nową płytą, będą to pierwsze solowe nagrania od dłuższego czasu. Ostatnia płyta – "Oh! You are so naive!" powstała na długo przed jej wydaniem. Roboczy tytuł nowego albumu to „The Good, the Bad and Humunculus”, to w sumie żart, ale dobrze oddaje ideę wyobcowania i relatywizmu, które stanowi podwaliny całości. Zastanawiałem się nad umieszczeniem na okładce cytatu z anonimowego alchemika, mówiącego, że gdyby na Ziemi pojawiła się nieskończenie dobra istota, nie przeżyłaby nawet jednego dnia w świecie opanowanym przez religię. Może to tchnie naiwnym młodzieńczym idealizmem, ale jakoś trudno mi się go cały czas pozbyć, z resztą pewnie większość odbiorców i tak do tej muzyki dorobi sobie własne historie. Po prostu nagrywając zależy mi na jakiś ideach napędzających całość. 2. W międzyczasie ukazała się również Twoja kolaboracja z Gadomskim „Si, Si”. Płyta ujrzała światło dzienne kilka miesięcy temu. Zdążyłeś nabrać do niej dystansu? Jak ją oceniasz po czasie. Z czego jesteś zadowolony a z czego nie. Czas na rachunek sumienia;). Mirt: Od wydania, jeszcze nie słuchałem tej płyty, sam nie wiem czy nabrałem do niej dystansu. Trudno mi ją oceniać, bo przez to, że nagrana była w duecie trudniej mi ją odbierać, jako jednorodną całość. W ogóle była zrobiona w inny sposób niż nagrania, które robiłem wcześniej, trudno mi dla niej znaleźć punkt odniesienia. Jak przy każdej płycie są w niej rzeczy, które mi się podobają i takie, które bym zrobił inaczej, ale teraz nie jest to już istotne. Przede wszystkim praca z Tomkiem jest dla mnie czymś ekstremalnym, bo operujemy skrajnie różnymi środkami, on instrumentami perkusyjnymi, akustycznymi, ja elektroniką, w dodatku odległą od rytmu. Nawet do trąbki mam przetwornik elektroniczny. Jest dla mnie wielka bariera miedzy światem, który zawsze będzie jednorodną całością wydobywającą się z głośnika i tym, który ma źródło w wielu punktach jak zestaw akustycznych instrumentów. Na płycie ten drugi świat oczywiście dołączył w naturalny sposób do pierwszego i jestem zadowolony, że udało się te dwie jakości połączyć we względnej równowadze, jednak cały czas nie jest to coś naturalnego dla mnie. Ostatnio bardzo skupiam się na pozamuzycznym elemencie tego, co robię, zwracam uwagę na sam proces twórczy, tutaj praca z Tomkiem dała mi dobre odniesienie do pracy w Brasil, która teraz po wydaniu „Si Si” znów wraca na pierwszy plan. To bardzo różne doświadczenia. Zauważyłem dzięki „Si Si”, że w zasadzie Brasil jest już bardziej organizmem niż zespołem. Wcześniej nigdy tak długo nie pracowałem z kimś innym niż Magda i Rafał i zaskakuje mnie ile rzeczy w Brasil jest po prostu nawykiem, czymś, co dzieje się poza rozumem. ![]() Mirt: Czy to zbieżność, powinieneś wiedzieć ty z Tomkiem Reicheltem. Jedno, co dla mnie pewne to, że zagramy z nieskrywaną przyjemnością. Naturalne, że mam pewne oczekiwania. Nie jestem zadowolony z naszych ostatnich koncertów, wiąże się to ze zmianami, które zaszły a o których wspominałem. Brasil często ulega, czemuś, co mogę porównać np. z jakąś zaawansowaną naprawą, przebudową. Płyty zawsze nagrywamy, kiedy ten proces się kończy, niemniej w trakcie takiego procesu zdarzają się koncerty, nagrania na składanki. Raz okazuje się to rozwijającym eksperymentem innym razem czuję się jakbyśmy byli pacjentem, który podniósł się ze stołu operacyjnego z rozprutym brzuchem. Chciałbym w końcu doprowadzić do tego by koncerty były bardziej tożsame z płytami, nie koniecznie przez to, że zagramy utwory z płyt, ale dla tego, że użyjemy tej samej metody twórczej. Łaknę jakiejś prostoty i odrobiny przewidywalności. Mam nadzieję, że uda nam się do tego zbliżyć i zagramy po prostu dobry koncert. ![]() 4. Wspominałeś mi w jednym z poprzednich wywiadów, że chcielibyście więcej grać na żywo. Chyba nie udało się tego zrealizować, mam rację? Jak się zapatrujesz w tej chwili na występy na scenie. Mirt: Nie udało się. Może i lepiej, bo wydaje mi się, że dopiero teraz jakoś się pozbieraliśmy, ale pewnie dopiero po koncercie w Poznaniu będę wiedział czy na pewno mam rację i jak się zapatruję na kolejne występy. Mam wrażenie, że jesteśmy w podobnym punkcie jak kilka lat temu, kiedy One Inch of Shadow przekształciło się w Brasil, dało to nam kilka rzeczy, z których byłem zadowolony, przede wszystkim płyty, których w końcu mogłem słuchać, ale przy okazji z zespołu, który postrzegaliśmy, jako wybitnie sceniczny, mimo niewielkiej liczby zagranych koncertów, zamieniliśmy się w projekt studyjny. Chciałbym odzyskać trochę tej koncertowości. 5. Jak sądzisz, w jakim kierunku pójdzie Brasil and the Gallowbrothers Band. Co chcielibyście jeszcze osiągnąć z zespołem? Czy jest możliwe w Waszym przypadku totalne spełnienie artystyczne, czy wciąż będziecie poszukiwać odległego, nieokreślonego celu? Mirt: Chyba nie jest możliwe spełnienie, mam nadzieję, że nie jest też możliwe wypalenie, bo bardziej się tego boję niż niespełnienia. Ja mam nadzieję na jakiś nowy początek, jakieś oczyszczenie. Strasznie czuję na sobie bagaż, który nazbieraliśmy grając od prawie piętnastu lat. Potrzebuję jakiegoś katalizatora, chciałbym by koło się zamknęło. Pewnie dla postronnych obserwatorów, będą to jakieś drobne zmiany, żadnych zakrętów o 180 stopni. Chciałbym by to był po prostu dobry kierunek dla nas. Brasil to azyl. W momencie, w którym zespół dla kogoś z nas przestanie być azylem skończy się Brasil. Zależy mi na płycie, którą przede wszystkim zrobimy we trójkę, nagraną tak jak „Bithday of Angels and Mannequines”, mniej się zastanawiając, więcej czując. 6. Kończymy pomału... W dwóch ostatnich wywiadach wypytałem Cię niemal o wszystko... Chciałbym Cię jeszcze poprosić o kilka słów na koniec. Chciałbyś coś przekazać ludziom, którzy chcą przyjść 23 maja do klubu Dragon by zobaczyć Waszą sztukę? Mirt: Mam nadzieję, że tym, którzy przyjdą przekażemy to w klubie i nie zawiedziemy ich oczekiwań. ![]() więcej informacji: www.brasilandthegallowbrothersband.org www.myspace.com/brasilandthegallowbrothersband www.mirt.brasilandthegallowbrothersband.org www.myspace.com/mirtmirtmirt ![]() ![]() |
||||