![]() |
||||||||
![]() Sebastian: Na wstępie dziękuję, za tak ciepłe słowa. To bardzo miłe – wracając do pytania: Zawsze inspirowały mnie wszelkie skrajne, czy też ekstremalne formy wyrazu – nie tylko pod względem dźwiękowym – ale także w ogólniejszym aspekcie, w kontekście sztuki, czy literatury. Skrajne bieguny prezentują formę ekspresji bardziej wyostrzoną, bardziej wyrazistą, i nierzadko radykalną zarówno w odbiorze jak i przekazie. Taka polaryzacja nam nie oddziaływuje, natychmiast do mnie trafia. 2. Każdemu zadaję pytanie o inspiracje poza- i muzyczne, więc Tobie też nie popuszczę. S: To temat rzeka. Inspiracje muzyczne są – wydaje mi się – całkiem domyślne: Harsh Noise/Power Electronic. Bogactwo projektów muzycznych, związanych z tym, bardzo płodnym kierunkiem w muzyce skłania mnie bym nie wymieniał listy moich faworytów – bo byłaby ona zbyt obszerna i w przeważającej ilości znana wszystkim tym, którzy w jakikolwiek sposób zetknęli się z tym zagadnieniem. Osobiście ten nurt muzyczny jest dla mnie najoptymalniejszą formą do wyrażania określonych stanów emocjonalnych, przeżyć i osobistych doświadczeń. Te ostatnie z kolei, stanowią źródło inspiracji do oprawy tekstowej. Trudno byłoby mi dokonać jakiegoś precyzyjnego zestawienia, co inspiruje mnie przede wszystkim, a co w ogóle na mnie nie oddziaływuje – to bardzo często dzieło przypadku, chwili, czy jakiegoś konkretnego wydarzenia, które akurat miało miejsce. Muzycznie i dźwiękowo fascynuje mnie wiele odłamów i nurtów muzycznych – w zależności od stanu, w jakim się znajduję. Najczęściej są to jednak bieguny spod znaku: crust/grind/gore a z drugiej strony industrial/harsh noise/power electronics. Bywa, że sięgam także po black metal. Wszystko to jednak ma charakter pośredni – inspiruje i wpływa na moją muzykę. Nie staram się jej kopiować, choć mam świadomość, że nie wykraczam poza dość określone konwencje. 3. Podczas ostatniego Wrocław Industrial Festivalu opiekowałeś się goszczącym tutaj Masami Akitą. Podzieliłbyś się z Czytelnikami jakąś relacją z pierwszej ręki, jakąś anegdotą? S: Przede wszystkim, w nawiązaniu do tego pytania, chciałbym podziękować organizatorom WIF za możliowść obejrzenia na żywo występu artysty, który stanowi nieocenione źródło inspiracji, nie tylko zresztą dla mnie. Kwestie organizacyjne, związane z opieką nad Masamim Akitą, stanowią kolejny dowód na to, jak nieprzywidywalną i ciekawą postacią jest ten człowiek. Spędziłem z nim ponad 60 godzin łącznie – z jedną, kilku-godzinną przerwą na sen. Masami to osoba bardzo zamknięta w sobie, o bardzo złożonej i trudnej osobowości – stąd niestety często niezrozumiała przez okoliczne otoczenie. Podczas pobytu we Wrocławiu Masami zabiegał o zachowanie prywatności i uszanowanie jego kilku próśb. Do najważniejszych należało niepalenie na sali podczas jego występu oraz nierejestrowanie jego koncertu ani w formacie audio, jak i video. Masami nie chciał też udzielać żadnych wywiadów. Z przykrością muszę przyznać, iż pomimo (nie tylko) moich interwencji – żaden z tych wymogów nie został dotrzymany (mam na myśli publiczność). Spotkałem się z wieloma przykrymi uwagami z tym związanymi – nierzadko skierowanymi personalnie do mnie. Nie wiem dlaczego tak wiele osób nie mogło tego zrozumieć. Wielu było wręcz oburzonych. To smutne – taka roszczeniowa i czysto konsumpcyjna postawa wobec wydarzenia, które najprawdopodobniej już się nie powtórzy w tym kraju, jeśli nie nawet w naszym życiu. W sprawowaniu opieki nad Masamim wiele jednak było chwil zaskakujących i niezapomnianych. Oto kilka szczegółów: Dzień po koncercie (niedziela chyba) podczas wizyty (obiadu) w restauracji Vega do naszego stolika podchodzi para dwojga młodych ludzi, którzy zafascynowani występem Merzbow nie ukrywają swojego zafascynowania. To był jedyny moment, gdy Masami był naprawdę szczerze i bardzo miło zaskoczony. To był moment przełomowy. Tuż po tym wydarzeniu Masami stał się bardzo rozmowny. Zadawał bardzo wiele pytań dotyczących naszej kultury, obyczajowości, religii oraz sytuacji gospodarczo-polityczej naszego kraju. Prawie w ogóle nie mieliśmy okazji rozmawiać o muzyce. Masami tuż po odebraniu go z lotniska, podczas rozmowy w samochodzie przyznał, że zna i posiada nagrania kultowej (dla nielicznych) formacji black/pagan metalowej GRAVELAND z Wrocławia. Wizyta w Kościele Na Piasku na Ostrowie Tumskim, a dokładnie obejrzenie Ruchomej Szopki – zrobionej z przygodnie zebranych zabawek dla dzieci, w tym np. gumowych dinozaurów, figurek indian, miniaturek kolejek torowych, migających lampek, przesuwających się plastikowych łabędzi, zwierzątek, żołnierzyków, samochodzików, portretów Jana Pawła II i Lecha Wałęsy, czarnoskórych aniołków, itp. – wprawiła Masamiego w osłupienie. Koniecznie chciał wiedzieć, jak to wszystko działa. Wiedziałem, że musi to zobaczyć. Było jeszcze kilka innych, zabawnych sytuacji – ale to może przy kolejnej okazji. ![]() ![]() S: To były piękne, niezapomniane czasy. Każda, nowo-zdobyta płyta była wydarzeniem niemalże o charakterze sacrum. Każdy koncert – dawał poczucie uczestnictwa w czymś innym, hermetycznym, na długo jeszcze niezrozumiałym. Wbrew pozorom był to bardzo twórczy okres dla polskiej (lokalnej?) „sceny”, którą dziś możemy określić jako „scenę noise/industrial/experimental”. Wymieniam jednym tchem – kolejność przypadkowa: * Christblood – później odłamy: Redrum, Galina i Head58m i nieoceniony Wojtek Benicewicz. * Ładne Kwiatki – później Genetic Transmission, Godzilla, 14 Sznytów King Konga – czyli Tomasz Twardawa, pionier muzyki noise w Polsce. * XV Parówek – swego czasu bardziej znany i dostępny poza granicami kraju, niż w Polsce. * RongWrong i Za Siódmą Górą oraz Księżyc – czyli Woycek i jego Obuh – te czasy już nigdy nie wrócą. * Job Karma – pierwsze instrumentarium, pierwsze nagrania, pierwsza płyta i kontynuacja: chylę czoła. * Mirosław Rajkowski i jego alikwoty – wykroczenie poza muzykę w przestrzeń. * Klinika Lalek – wykroczenie poza kosmos w sztukę, w jej najszerszym znaczeniu. * Okazzional Martyr / Project Winter/ Niegrzeczne Pensjonarka oraz Damian Carter – to bliżej roku 2000 ale sentyment pozostaje. * Celowo pomijam tutaj nieporozumienia typu: Agressiva 69, Hedone, Wieloryb, Rigor Mortis i kilka pomniejszych. Z pewnością to jedynie fragmenty tego, co w tamtym czasie miało miejsce. Niektóre z nich znalazły swoją kontynuację i trwają po dziś dzień. 5. Jak oceniasz aktualną kondycję naszej sceny industrial / noise / power electronics? Co jest wg Ciebie w porządku, a czego jej brakuje? S: To już zupełnie co innego. Nie potrafię się w tym odnaleźć. Inne priorytety, inne uwarunkowania, inne możliwości. Jest mi to obce. Trudno jest mi czasami w tym odnaleźć. Pomijając jednak moje osobiste nastawienie, trzeba przyznać, że tzw. scena „noise” w Polsce ulega pełnemu rozkwitaniu - coraz więcej jest nowych i ciekawych projektów, prezentujących naprawdę wysoki poziom. Jestem pełen podziwu dla ich twórczości. 6. Może porozmawiamy teraz o jakichś technicznych konkretach dla hardware'owych fetyszystów. Z jakiego sprzętu korzystasz i jak przebiega proces twórczy. Jaka jest rola improwizacji w kompozycjach VILGOCI? S: Nagrania studyjne VILGOCI nieco różnią się od występów na żywo – są zaaranżowane, w przeciwieństwie do występów, które mają charakter dźwiękowego performance. Właśnie w tym drugim aspekcie rola improwizacji jest bardziej widoczna – podlega ona przede wszystkim ekspresji i eksperymentowaniu na żywo z określonymi barwami i dźwiękami. Staram się mieć kontrolę nad tym, co robię – o ile jest to możliwe. Chodzi o budowę pewnej konstrukcji dźwiękowej. W „procesach twórczych” korzystam z dość skromnego instrumentarium. Przede wszystkim są to gitarowe rozmaite efekty typu Distortion – głównie marki Behringer, BOSS i DigiTech. Czasem posiłkuję się Ultra Phase Shifter`em marki Behringer oraz Attack Equalizer`em marki KODA. Jednorazowo używam max 5-6 efektów. Nieodłącznym elementem, który najczęściej ulega zniszczeniu są mikrofony – średnio 2-3 wystarczają na jeden występ. Przy realizacji studyjnych nagrań Vilgoci, korzystam jedynie z programu Cool Edit, który w pełni zaspokaja zarówno moje potrzeby jak i umiejętności w tej materii. ![]() S: Ponieważ nie potrafię tego zrobić. 8. Powiedziałeś ostatnio, że VILGOĆ trąci amatorką, co wskazuje na to, że wysoko postawiłeś sobie poprzeczkę. Masz w głowie jakiś projekt, który zaspokoiłby Twoje ambicje? Co planujesz w najbliższym czasie? S: Podtrzymuję w/w opinię. VILGOĆ jest projektem, który w sferze dźwiękowej wciąż pozostaje niejako w tle. Jednak z każdym skomponowanym utworem, z każdym występem na żywo jestem bogatszy w doświadczenie, które staje się bardzo pomocne w dalszych eksperymentach. Mam świadomość własnych ograniczeń – nie można twierdzić, że jest wyłącznie wina sprzętu, okoliczności czy kraju, gdzie mieszkam. Nie zależy mi by brzmieć, tak jak wszyscy inni – ale by wypracować sobie swój oryginalny, charakterystyczny styl, zarówno scenicznie i aranżacyjnie - to dopiero, coś co nadal jest przede mną. Nie przeszkadza mi to, choć nie wiem w jakim kierunku podążą moje dźwiękowe próby wyrażania emocji. Mam kilka marzeń, związanych z projektem VILGOĆ – wiele z nich zostało już spełnionych (wydanie płyty, możliwość zagrania koncertów, supportowanie Death Squad). Oto kilka tych, najbardziej wyrazistych: * zagrać koncert razem ze Slogun (albo zagranie, jako support przed Slogun) * Nagrać materiał, który ze względu na wartość przekazu, zostanie wydany przez Freak Animal. W kwestiach bardziej realnych – wydać nowy materiał (już na ukończeniu) i długo mieć z niego satysfakcję. Rozwijać się w tym polu. 9. Ostatnie zdanie należy do Ciebie, a ja dziękuję za wywiad. S: Dzięki za możliwość udzielenia wywiadu. Niech ostatnie zdanie należy, do każdego, kto miał możliwość go przeczytać. Pozdrawiam. rozmawiał: Hans www.de-wast.blogspot.com ![]() ![]() |
||||