Apostazja -amgazyn muzyczny


wif6a.jpg - 67926 Bytes





MERZBOW/WIF/10.11.07

- holocausto acustico -
(foto: soTher)

merzbow.jpg - 61711 Bytes


merzbow2.jpg - 89685 Bytes


merzbow3.jpg - 55390 Bytes


merzbow4.jpg - 112009 Bytes


merzbow5.jpg - 108262 Bytes


merzbow6.jpg - 45939 Bytes


merzbow7.jpg - 61792 Bytes


merzbow8.jpg - 132410 Bytes





VI. WROCŁAW INDUSTRIAL FESTIVAL
(autor: Mark Nox)


Późną jesienią Wrocław staje się mekką sztuki industrialnej. Ludzie zafascynowani postprzemysłową stylistyką, technologicznym chaosem coraz silniej opanowującym wszystkie sfery naszego życia, przyjeżdżają do Wrocławia by przez kilka dni obcować z industrialem, wyrażającym się nie tylko muzycznie, ale też w dziedzinie performance’u, wernisaży, wykładów. Co roku występują dla nas coraz bardziej uznani wykonawcy tego szeroko pojętego zjawiska. Zjawiska od lat wymykającego się wszelkim ramom, przez to będącego tak fascynującym - goście tegorocznego Wrocław Industrial Festival przez te kilka dni mogli się w pełni przekonać jak bardzo.

Festiwal oficjalnie rozpoczął w poniedziałkowy wieczór (05.11) koncert Hati, zespół dobrze znany bywalcom WIF, tym razem pokazał nam się czysto akustycznie. Za instrumentarium służyły wyłącznie rzeczy znalezione na wysypiskach - stare beczki, obręcze, łańcuchy. Ponad godzinny występ wprowadził publiczność w trans. Dodatkowo w ten wieczór odbyły się wystawy Piotra Kadeckiego - malarza przejmującego impresjonistyczny pędzel, ale maczając go w industrialnym pigmencie - oraz Tomasza Janelisa - fotografa szukającego inspiracji w miejscach opustoszałych, takich jak np. zamknięte fabryki.

Właściwa część festiwalu zaczęła się w piątek (09.11). Już od 18:00 pod Salą Gotycką Teatru Pieśni Kozła zaczęli gromadzić się pierwsi goście, część nerwowo zastanawiająca się czy zdążą jeszcze kupić bilety, reszta niecierpliwie wyczekująca rozpoczęcia. O czasie bramy zostały otwarte, sala zaczęła się wypełniać. Przed koncertami była okazja by spotkać długo nie widzianych znajomych, wydarzenia tego typu są ku temu świetną okazją.

Wieczór rozpoczął występ Job Karmy, ojców założycieli festiwalu, od lat gromadzącego spore grono fanów podczas występów. Solidny koncert zaprezentował dużo materiału z płyty „Tschernobyl”, Przy dobrym nagłośnieniu i wizualizacjach Arka Bagińskiego występ świetnie oddał klimat albumu, ale wiemy nie od dziś że koncerty Job Karmy to zawsze profesjonalne przedsięwzięcie.

O godzinie 21:00 na scenie pojawił się polski Nemezis. Zespół przerwał blisko sześcioletnie milczenie wydając bardzo eksperymentalną płytę „Inbetween”. Na scenie pokazał się z bardzo zróżnicowanej strony. Wizuale zostały dobrane pod poszczególne utwory, stylistycznie balansując od filmów z lat 50. poprzez eksperymentalną kinematografię aż po filmy sado/maso. Muzycznie było równie niespokojnie: pierwszy utwór delikatnie nas rozbujał i odprężył, następne wpadały już w stylistykę future jazz, momentami można było odnieść wrażenie iż inspiracją dla nowego wydawnictwa były dokonania Amon Tobin, zwłaszcza gdy pojawiły się połamane elektroniczne dźwięki podszyte orientalnymi pasażami. Dobry występ, ale mogła irytować kolejność utworów - dynamiczne kompozycje przechodziły nagle w delikatny ambient.

Następny występ to jedna z perełek ukochanej przeze mnie wytwórni [ant-zen] – Insekt. Muzycy o EBM-owych korzeniach w projekcie Insekt realizują swoje noise’ujace fascynacje, pozostając w zrytmizowanej stylistyce. Pierwszy tak dynamiczny koncert tego wieczora : oślepiające strobo, dym gęsto pokrywający scenę, mocny bit co kilka utworów dodatkowo waloryzowany perkusją na żywa za którą siadał wokalista. Krzykliwy wokal poderwał ludzi do zabawy, pod sceną zaczęło się robić tłoczno, ale to dopiero początek, wieczór przed nami.

Bad Sector - chyba najbardziej wyczekiwany przeze mnie projekt. Mieliśmy zobaczyć go już rok temu, jednak z powodu ciężkiej choroby Massimo działalność projektu stała pod znakiem zapytania. Muzyk musiał zrezygnować z działalności na jakiś czas. Szczęśliwie udało mu się przezwyciężyć chorobę, choć jak sam wyznał powrót do muzyki stanowił dla niego dużą trudność. Uporem i zaangażowaniem udało mu się powrócić do tworzenia, skutkiem czego w piątkowy wieczór mogliśmy zobaczyć go na scenie. Występ Bad Sector rozpoczęły dwa utwory z płyty „Kosmodrom” – albumu, którym ten projekt narobił sporo zamieszania w świecie muzyki elektronicznej, wysoko podnosząc poprzeczkę. Przetworniki optyczne, modulowanie dźwięków unoszeniem rąk - muzyk od początku zaczarował publiczność. Większość jego instrumentarium jest własnej produkcji - Massimo zajmuje się budową syntezatorów analogowych od 14 lat. W trakcie występu zaprezentował nam cześć swoich „muzycznych dzieci”.

Dirkowi Ivensowi najwyraźniej spodobało się na WIF-już drugi rok z rzędu mogliśmy obejrzeć go na scenie. Rok temu pod szyldem Dive, na tegorocznej edycji-razem z projektem Sonar. Tym razem Dirk odkłada mikrofon, staje za konsoletą razem Erickem van Wonterghem /którego widzieliśmy już tego wieczora razem z Insekt/, włącza bijące mu prosto w oczy strobo /ach, ta stara dusza EBM-owca.../ i już rusza traktor zwany Sonar. Po jakimś czasie traktor przemienia się w czołg - brutalna ściana powernoiseowych dźwięków miażdżących publiczność... i to było to czego publiczność potrzebowała najbardziej. Tłum pod sceną wpadł w ekstazę, wyposzczeni po stonowanym koncercie Bad Sector ruszyli do zabawy. Muzycy przebijając się przez gąszcz kabli wijących się wokół konsolety modulowali jeszcze brutalniejsze dźwięki niszczące nas słuch,ale sprawiające tyle radości...

...może koncert był tak mocny, a może piwo tak mocne że after po piątkowych koncertach praktycznie nie istniał? Wiktor Skok, zawsze ciepło przyjmowany we Wrocławiu, tym razem grał dla kilku osób - ale zabawa i tak była przednia, kto był ten wie ;)



Sobotę (10.11) zapamiętamy wszyscy na długo – jeszcze nigdy frekwencja na festiwalu nie była tak wysoka. Wiele osób czekało ponad godzinę w nadziei na zakup biletów, szczęśliwcom udało się je jeszcze dostać. Blisko 400 osób wypełniło szczelnie Salę Gotycką – w ten dzień miały wystąpić dwa projekty gromadzące rzesze fanów: Ordo Rosarius Equlibrio oraz Merzbow. Dwa przeciwległe bieguny muzyczne.

Wieczór rozpoczął występ Post Scripvm – projektu który moim zdaniem zwaloryzował występ najciekawszymi wizualizacjami: Arkana ludzkiej psychiki – to był temat przewodni obrazu dobranego do koncertu. Mogliśmy zobaczyć filmy z zamkniętych oddziałów psychiatrycznych, korespondujące z nimi obrazy wywołujące niepokój, czasem strach... Freud byłby dumny. Warstwa muzyczna również nie zawiodła: ambient systematycznie przechodził w coraz bardziej opętańcze dźwięki, na zakończenie przechodząc w jednostajny, modulowany dźwięk.

Po krótkiej przerwie następującej po występie Post Scripvm na scenie pojawił się Apoptose. Chyba najbardziej tajemniczy projekt spośród występujących w tym roku zespołów. Jakiś czas temu zespół zarejestrował album „Blutopfer” - interesujące są okoliczności - album został zarejestrowany w hiszpańskiej wiosce w trakcie „semana santa” - obchodów Wielkiego Tygodnia poprzedzającego zmartwychwstanie Chrystusa.Wówczas to mieszkańcy miasta przebierają się w powłóczyste szaty i z wybiciem północy w milczeniu wyruszają w wielogodzinną procesję. Temu niesamowitemu misterium towarzyszą głuche brzmienia bębnów na których grają uczestnicy procesji...

...zafascynowani tym misterium muzycy na WIF wystąpili wraz z orkiestrą bębniarzy z Fanfarezug Leibzig. Po kilkuminutowym intro padło pierwsze uderzenie... i rozpoczął się obrzęd. Naprawdę przejmujące partie orkiestry doskonale uzupełniały się z ambient/industrialem Apoptose. Marszowe tempo podszyte melorecytacją nie pozwalało siedzieć, dosłownie stawiało uczestników koncertu na baczność. Koncertu a może jednak obrzędu...?

Trzecim projektem występującym tego wieczoru był niemiecki Klangstabil - zespół dobrze znany fanom rytmicznego industrialu, płyty projektu często goszczą w playerach djów. Dwóch muzyków co utwór zamieniali się rolami, co dawało świetny efekt zważywszy na różne maniery wokalne obu. Usłyszeliśmy większość utworów na które liczyliśmy. Bardzo cieszy mnie fakt, że nie było nic ze znienawidzonej płyty „Gioco Bambino” ;)/. Chyba nikt tak jak Klangstabil nie potrafi przechodzić z rytmicznego industrialu, momentami nawet EBMu, w sonoryczny noise wiercący dziurę w głowach słuchaczy. Ale już za kilka minut melisa dla naszych uszu - długo oczekiwane O.R.E.

Ordo Rosarius Equilibrio - jeden z ważniejszych zespołów neofolkowych doczekał się koncertu we Wrocławiu. Z tarasu obserwowałem jak pod scenę powoli przemieszcza się rzesza fanów z uwielbieniem wpatrzonych w Tomasa Petterssona. Wszyscy czekamy aż na scenie pojawi się wieloletnia członkini grupy, a prywatnie partnerka Tomasa: Rosemary Larsen. I tu jedno z rozczarowań – Rosemary nie pojawia się na scenie. I wielka szkoda, bo mimo świetnego koncertu była ona tak istotną częścią O.R.E., że jej brak odczuliśmy wszyscy.

Nadszedł czas na gwiazdę wieczoru - japoński projekt Masami Akity, Merzbow. To właśnie on w 1979 r. przejął dumną schedę po Marinettim, Russolo, Casavoli, Pratelli przywołując najodważniejsze kroki w dziedzinie eksperymentów muzycznych jakim było wprowadzenie tworu nazwanego antymuzyką. Akita to ojciec chrzestny noise - trzasków, przesterów, napiętrzenia efektów - wszystkiego, co niestrawne dla fanów komercyjnego pop, najbrutalniejszego odłamu industrialu. Merzbow ma fanów na całym świecie, którzy zawsze tłumnie przychodzą na jego koncerty. Do samego końca nie wiedzieliśmy, jakiego rodzaju występu możemy się spodziewać - znane są koncerty, na które muzyk potrafił przelecieć samolotem pół świata, wejść na scenę i dać piętnastominutowy występ. Już w momencie, gdy Akita spokojnie i powoli rozkładał sprzęt na scenie, błysnęły pierwsze flesze. Występ Merzbow na WIF bardzo zaskoczył, muzyk pierwszy raz koncertował w naszym kraju, nieprędko zresztą spodziewaliśmy się zobaczyć muzyka prezentującego tak kontrowersyjny styl. Ekspresja. Nie sam Akita, który spokojnie stał za konsoletą, ale ludzie, których zachowaniem sterował, był jak lalkarz pociągający za sznurki. Dźwięki wygenerowane przez niego i ludzie wijący się w konwulsjach pod sceną - to jest właśnie Merzbow. Noise wpływa na podświadomość ludzką - nie jest to muzyka popularna pełniąca tło, to muzyczne katharsis wyzwalające z ludzi emocje. I mimo iż koncert nie był tak mocny jak się tego spodziewałem, Masami nie wydzierał się do mikrofonu tarzając się po scenie, koncert był czymś niepowtarzalnym. Pod koniec występu muzyka przybrała bardziej zrytmizowany wyraz, czym Milczący Japończyk znów nas zaskoczył. Po koncercie razem ze znajomymi zastanawialiśmy się, co czułby Bach lub Chopin gdyby trafili na koncert Merzbow?

Sobotni after udał się wybornie, ludzie po dniu wolnym od pracy wydali się bardziej chętni do zabawy. Za sterami pojawili się Lil i Blacha, bardzo ciepło przyjęci przez gości festiwalu. Był to też czas gdy bliżej mogliśmy przyjrzeć się płytą rozstawionym na stoiskach Wrotycz Records i Rage In Eden - a było warto, bo smaczków w dobrych cenach było naprawdę dużo. W świetnym nastroju bawiliśmy się do rana.



Ostatni dzień festiwalu (niedziela, 11.11) przywitał nas godzinnym opóźnieniem - jeden z występujących tego wieczoru zespołów opóźnił swój przyjazd, skutkiem czego wszystko przesunęło się w czasie. Na ten wieczór przygotowano raczej instrumentalne brzmienia, nie mające nic wspólnego z noisem, w który tak obfitowały poprzednie wieczory. Niedziela była też ostatnią szansą na rozmowy ze znajomymi, zakup płyt - taki właśnie sielski „niedzielnoobiadowy” klimat panował w ostatni dzień WIF, na Sali Gotyckiej.

Niedługo po tym, gdy wpuszczono nas do środka, na scenie pojawił się angielski Volcano The Bear - zespół ten na pewno przypadł do gustu fanom Legendary Pink Dots, do których wasz umilony niżej podpisany należy. Nie zabrakło tu opętanych wokaliz, akustycznych dźwięków przechodzących w szaleńczy jazgot oraz przeszywającego brzmienia trąbki prowadzącego utwór.

Sigillum S - to już z kolei nieco bardziej elektroniczne penetracje muzyki. Po 10 minutach spokojnego dubowego rytmu, pośród tła wyłaniają się niepokojące, mroczne cienie. Wizualizacje w dużej części wypełniały eksperymentalne japońskie filmy, ze względu na charakter dodatkowo podsycające nastrój grozy budowany przez muzyków. Ktoś kto twierdzi, że słyszał już wszystkie możliwe dźwięki i nic nie jest go w stanie zaskoczyć powinien obejrzeć ten występ by przekonać się w jakim jest błędzie.

I nadszedł czas, który chcielibyśmy odwlekać w nieskończoność - przed nami ostatni koncert szóstej edycji Wrocław Industrial Festival: Tuxedomoon. Długie, rozbudowane aranżacje, jazzujące brzmienie tej amerykańskiej grupy zostało świetnie przyjęte przez gości festiwalu. Grupa dała naprawdę magiczny koncert, w ich stylu jest tak wyraźnie wyczuwalna postpunkowa aura, bliska chyba wszystkim zebranym tego wieczoru. Gdyby komuś magii było jeszcze mało, na scenie co jakiś czas pojawiał się aktor przebrany w maski, miotający się pomiędzy stojącymi na scenie muzykami, bądź stający za białym ekranem, teatrem cieni stanowiąc świetne uzupełnienie koncertu. Zespół zagrał kilka nowych kompozycji, czym pozytywnie zaskoczył ludzi.

Padł ostatni dźwięk trąbki, jakby sygnał do zakończenia naszego święta. Odbyło się jeszcze after party, na którym wystąpił powszechnie znany bywalec festiwalu, irlandczyk DJ Eric, jednak ludzie jeszcze przez jakiś czas wpatrywali się w scenę z nadzieją że wystąpi może ktoś jeszcze,że to jednak nie koniec... Zakończyło się. Ludzie nieśpiesznie opuszczają Teatr przy Purkiniego, część wałęsa się jeszcze po sali szukając wspomnień tych cudownych trzech dni.

Wrocław Industrial Festival to pierwsze wydarzenie tego typu w Polsce, przez lata zdążyło już wypracować swoją renomę. Pomimo kilku nieudogodnień, jak brak szatni, stanowiący problem zwłaszcza dla przybyłych z daleka gości, czy miejsc siedzących, utrudniający czas wolny pomiędzy koncertami szósta edycja festiwalu potwierdziła tylko tę klasę. Bo przecież najważniejsza jest tu muzyka, to ona jest tu magnesem, który od lat nas przyciąga.

Specjalne podziękowania dla Massimo Magriniego, Doktora Wilczura, Szymona, Sylwii i wszystkich moich Przyjaciół.



Mark Nox



Relacja na: www.alternativepop.pl





Więcej informacji:

www.industrialart.eu/festival
www.industrialart.eu
www.myspace.com/wroclawindustrialfestival